Doktor Bogumił – Ałbena Grabowska

Ałbena Grabowska kolejny raz potrafi zaskoczyć 🙂 Kolejna, po świetnym „Stuleciu Winnych”, saga rodzinna, ale tym razem z bardzo mocno wplecionym wątkiem medycznym.

Już we wstępie widać, czego można się spodziewać

Główna część książki to historia tytułowego doktora Bogumiła, który właśnie rozpoczyna praktykować w szpitalu szukając dla siebie najlepszej drogi – do końca nie wie bowiem, czy chce specjalizować się w ginekologii, a może w chorobach wewnętrznych? Jest otwarty na nauki u najlepszych, ale nie boi się też czasem podważać ich zdania. Z jednej strony czerpie wiele z nowinek i wymiany korespondencji z lekarzami z innych krajów, z drugiej i on ma w sobie spore pokłady konserwatyzmu i nie do wszystkiego jest przekonany.

W ciężkiej pracy wspiera go żona, Domicela. Jej rodzina, z tradycjami lekarskimi, już jakby trochę mniej. Ciekawa relacja łączy go ze szwagierką Augustą, która pomaga mu w tłumaczeniu listów, ale jest dość stanowcza w swoich poglądach i nie boi się wyrażać swojego zdania. Czasem wydaje się, że mu sprzyja, a czasem z nim walczy. Ma jednak swoje powody, a zachowanie Bogumiła po tym, jak odkryje jej sekret, jest dość, hmm, intrygujące.

Co bardziej interesujące, sam Bogumił również skrywa przed wszystkimi swoją przeszłość udając trochę kogoś innego. Przez co wplątuje się w niezłą intrygę z wielkimi konsekwencjami. Choć muszę przyznać, że ten wątek, niby trochę poboczny, jednak podobał mi się najbardziej, a sceny z walki bokserskiej to już w ogóle były świetne – i pełne humoru, i napięcia zarazem.

Nowa powieść = nowa seria

Historia rodzinna jest wielce zajmująca, Warszawa w tamtym okresie intrygująca, bohaterowie nie z papieru, a żywi tak, jakby się ich znało – czego chcieć więcej? Idealna, nomen omen, recepta na sukces 🙂

A tu jeszcze przecież mamy bardzo ciekawe dodatkowe podrozdziały. Te specjalne minihistorie to fabularyzowane opowieści o prawdziwych pionierach medycyny. To są najbardziej poruszające fragmenty tej powieści, wiele z nich bowiem wiąże się z ogromnym poczuciem braku zrozumienia u sobie współczesnych, z wielkim cierpieniem i bólem. Warto je poznać i warto potem sobie doczytać więcej. Szok wywołuje to, że rzeczy dla nas oczywiste, mogły kiedyś być uważane za coś niedorzecznego i bezsensownego.

Lubicie takie zapowiedzi tego, co w rozdziale? Ja uwielbiam!

Na koniec muszę się przyznać, że tak od połowy czytałam w ‚rozdarciu’ 😉 Rozdarciu między ochotą szybkiego czytania dalej, żeby dowiedzieć się, jak potoczą się losy bohaterów, a potrzebą silną pozostania jak najdłużej w ich świecie, bo teraz niestety trzeba będzie czekać na kolejną część 😉

Bardzo polecam!

Kryminalnie 1 – po polsku

Postanowiłam grupować sobie wpisy o książkach, które nie zajęły bardzo szczególnego miejsca w moim sercu ;), ale warto je odnotować, choćby ku przestrodze czasem 😉

Zemsta po latach czy po prostu zbrodnia dla pieniędzy?

Jako pierwszy – całkiem niezły kryminał, rozgrywający się w górskiej wiosce na Podhalu. Główna bohaterka przypadkiem odkrywa zwłoki starego górala, Ślebody. Ale tytuł to nie tylko jego nazwisko, to dla górali słowo, które oznacza wolność. Tajemnicza zbrodnia – czy chodzi o rozgrywki sprzed wielu, wielu lat, związane z Goralenvolk (tu przyznam, że niewiele wiedziałam na ten temat), czy może o coś zupełnie innego? Przeplatające się (choć krótko) plany czasowe. Sporo lokalnego kolorytu. Nieźle skonstruowani główni bohaterowie – pani doktor antropologii Anka i Sebastian – dziennikarz ‚aspirujący’, czasami dość wredny i postępujący mało ‚etycznie’. A z każdej praktycznie linijki wyziera wielka miłość do gór 😉 Chętnie sięgnę po kolejne części na szczęście właśnie teraz moja biblioteka je dokupiła 🙂

Szpiedzy w … Gdańsku?

A to nie do końca kryminał, ale zgrabna retro-opowiastka szpiegowska. Akcja rozgrywa się w Gdańsku, niedługo przed wybuchem II wojny światowej. Intryga polegająca na próbie odzyskania wielkiego skarbu, ważnego dla państwa polskiego. Różne dziwne osoby próbujące go przejąć, chwilami trudno się połapać, kto ma jakie intencje. Zapamiętam na pewno z tej opowieści, i chętnie zobaczę na własne oczy pałac, który spełnia ważną rolę – Pałac Przebendowskich i Keyserlingków (Wejherowo). Ciekawie pokazane Wolne Miasto, tygiel różnych narodowości, fajnie zarysowane postaci – słowem – polecam 🙂

Samobójstwo, a może jednak zbrodnia?

Retro kryminał, na który trafiłam przypadkiem w bibliotece. Autora znałam ze znakomitej powieści przygodowo-historycznej przeczytanej w dzieciństwie „Przyłbice i kaptury”. Kryminały, jak się okazuje, też pisał bardzo dobre. Pan domu zostaje znaleziony martwy w swoim gabinecie, który jest zamknięty od środka. Śledztwo wydaje się proste, wskazania idą na samobójstwo, ale zaproszony przez niego dawny podwładny Hubert Garda ma sporo wątpliwości. Klasyczna intryga, gdy do morderstwa dochodzi w domu, a podejrzanymi są wszyscy obecni. Bardzo ciekawie poprowadzona, z interesującymi bohaterami. Polecam!

Rozczarowanie roku 2019

Trzy wyżej były bardzo dobre, to teraz czas na te dwie gorsze 😉 „Żmijowisko” to w ubiegłym roku była książka niezwykle popularna, powszechnie raczej chwalona, no i powstał serial, a ja lubię seriale. Wzięłam więc ją na wakacje, żeby przed serialem zdążyć. Cóż, na wakacje leciałam na początku sierpnia, zaczęłam ją czytać w samolocie, ale skończyłam … na początku listopada. W międzyczasie przeczytawszy 12 innych (plus jeszcze kilka w trakcie, skończyłam już po nim). I to jest dla mnie największy grzech tej książki – w ogóle mnie nie wciągnęła. W ogóle nie przejęły mnie losy bohaterów. Doczytałam, męcząc, bo nie lubię niedokończonych, czasem zresztą na końcu wydarza się coś, co zmienia obraz i wymowę. Tu, ten supertwist na końcu był niestety przewidywalny, a do tego kompletnie niewiarygodny. Nie umiem znaleźć plusów – może trochę opisanie różnych typów ludzkich, ale oni są dość mocno przerysowani oraz ‚kliszowi’, oparci na stereotypach, przez co mało rzeczywiści. W sumie szkoda, bo liczyłam na coś ‚wow’, a teraz to już mi się serialu też nie chce oglądać.

Czyżby rozczarowanie roku 2020? Na razie prowadzi …

Oszukana to czuję się ja. Liczyłam na dobrą lekturę i się zawiodłam. Młoda dziewczyna, uciekając nie wiadomo przed kim lub przed czym, mieszka pod zmienionym imieniem na odludziu ze swoim, hmm, partnerem na przeczekanie. Jest poszukiwana przez dawnego sublokatora. A dla sprawy mają znaczenie tajemnicze zwłoki wyłowione wiosną na Podlasiu. Co mają wspólnego z Leną? Czy jej partner to na pewno dobry człowiek? Czytałam już kiedyś jedną powieść autorki – „Idealną” i może gdyby nie to, to ta by mi się podobała. A tak to cóż – forma opowiadania historii z perspektywy różnych osób nie zrobiła na mnie wrażenia, znając tamtą dość szybko też domyśliłam się o co chodzi w intrydze. No i w sumie nie wiem, po co to czytałam do końca, doczytałam trochę siłą rozpędu, trochę dlatego, że lubię kończyć. I nie wiem też w zasadzie po co powstała ta książka. Czy to ma być głos w sprawie handlu kobietami? Jakieś ostrzeżenie? No nie wiem, ja chyba na razie spasuję z autorką.

Wakacyjne czytanie L. M. Montgomery – Emilka z Księżycowego Nowiu

W te wakacje Bernadeta Milewski, prowadząca świetnego bloga „Kierunek Avonlea„, a także jego profil na Facebooku zorganizowała grupowe czytanie trzech powieści ulubionej autorki. W czerwcu była właśnie „Emilka z Księżycowego Nowiu”, w lipcu „Błękitny zamek”, a w sierpniu czytamy „Janę z Latarniowego Wzgórza”.

Emilka na tle mojej kolekcji powieści L. M. Montgomery – większość jest podwójna 😉

Książka, znana też pod tytułem „Emilka ze Srebrnego Nowiu”, to pierwszy tom trylogii o Emilce. To historia rezolutnej dziewczynki, która trafia do krewnych, której do tej pory nie znała. To historia tego, jak wrażliwe dziecko (Emilka jest poetką) próbuje odnaleźć się w niekoniecznie jej przychylnym środowisku, jak zdobywa przyjaciół. Pełna humoru, ale głównie z mocnym podskórnym smutkiem i powagą. Dla mnie nie była nowa, bo czytałam ją w dzieciństwie kilka razy, ale dzięki temu grupowemu czytaniu było to coś zupełnie nowego i fascynującego.

Zakładki stworzone specjalnie na tę akcję – nie mogłam się oprzeć 🙂

Z reguły w takich wspólnych akcjach czyta się po prostu książkę, a potem dyskutuje ogólnie lub na konkretny temat. Tu było inaczej – codzienne dyskusje po każdym rozdziale – ogólna, o wątkach autobiograficznych, o błędach w tłumaczeniach (nieraz to były bardzo poważne błędy, zmieniające całkowicie wymowę utworu), do tego mnóstwo ciekawych wątków uzupełniających – o ówczesnej modzie, o roślinności wspominanej w książce, była nawet mapa miejscowości oraz posiadłości, w której mieszkała Emilka, tworzona na bieżąco 🙂 I jeszcze wpisy kulinarne z ciastami/ciasteczkami z książki. A niektóre dyskusje były bardzo zacięte, bo uczestnicy bardzo różnie potrafią odbierać te same sytuacje 🙂 Już się cieszę na kolejną wspólną lekturę 🙂

Czarownice Salem, 1692 – Stacy Schiff

Monumentalne dzieło – tak zwykło się chyba mówić o takich książkach. Ogrom pracy, jaką musiała wykonać autorka, godny podziwu. Efekt wyszedł zachwycający, choć i czytelnik nie ma łatwo 😉

Stacy Schiff podejmuje próbę drobiazgowego dość odtworzenia chronologicznie wydarzeń, które doprowadziły do procesów czarownic w Salem, samych procesów, a także tego, co działo się później. Bibliografia, z której korzystała jest obszerna, a dodać do tego trzeba jeszcze archiwa – wielka ilość dokumentów, protokołów sądowych, zeznań jest dziś dostępna … online, dzięki temu, że ówcześni mieszkańcy Massachusetts byli bardzo wykształceni w porównaniu do reszty społeczeństwa i możemy czerpać z tego, co pozostawili.

Jak to możliwe, żeby w środowisku, które było właśnie takie, pełne ludzi oświeconych, blisko Harvardu, który ukończyło wielu sędziów i doradców procesowych, doszło do takiego ‚ogólnego zaćmienia umysłowego”, bo chyba inaczej nie da się nazwać tego, co się stało? Stacy Schiff daje dobrą, uzasadnioną odpowiedź.

I jeśli ktoś myśli, że dziś to by się już nie zdarzyło, w ostatnim rozdziale autorka nie pozostawia żadnych złudzeń …

A co do tego, że czytelnik nie ma łatwo – czytałam ją około pół roku, ma blisko 530 stron, ale każdy rozdział musiałam ‚przetrawić’, a do czytania potrzebne było absolutne skupienie – mnogość postaci, oskarżonych, śledczych, sędziów, duchownych, ale i mnogość przypisów – zarówno na dole stron (z tymi było łatwiej), jak i na końcu książki (same przypisy na końcu to ponad 50 stron).

Dla zainteresowanych tym wydarzeniem, wydarzeniem, które w dużej mierze ukształtowało Stany Zjednoczone Ameryki oraz wpłynęło także wielce na szeroko rozumianą popkulturę – lektura obowiązkowa!

Tajemnica starego zegara (Nancy Drew 1) – Carolyn Keene

Nancy Drew to młodociana miłośniczka zagadek oraz osoba o bardzo dobrym sercu, która chętnie niesie pomoc. I właśnie dzięki tej chęci pomocy podejmuje się swojej pierwszej poważnej sprawy – odnalezienia testamentu pewnego mężczyzny, który przed śmiercią obiecał wielu swoim ubogim krewnym i znajomych, że zostawi część majątku właśnie im. Niestety takiej wersji testamentu nie znaleziono, a cały majątek przejęli niezbyt mili państwo Tophamowie.

Ale tu wkracza na scenę Nancy i dzięki swojej dociekliwości oraz determinacji, a także odrobinie skłonności do ryzyka, odnajduje to, co trzeba i doprowadza do bardzo szczęśliwego dla większości bohaterów zakończenia.

To urocza „ramotka’, ale bardzo przyjemnie się ją czyta. Ciekawa jestem, czy ma szansę stać się tak popularna u nas, jak w USA, gdzie nawet powstał serial o Nancy. W sumie, literatura kryminalna, wszelka, dla dzieci również, cieszy się u nas wciąż dużym wzięciem, więc życzę Nancy jak najlepiej 🙂 A sama z chęcią przeczytam kolejne części w międzyczasie może próbując swoich sił w rozwiązywaniu zagadek? W końcu cudny notes detektywa już mam!

Pięć osób, które spotykamy w niebie; Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie – Mitch Albom

Dawno temu obejrzałam piękny film. O niebie, o raju, o miejscu, w którym spędza się resztę życia. Był bliski mojej wizji tego miejsca. Potem dowiedziałam się, że film powstał na podstawie książki Mitcha Alboma. Niestety nie udało mi się do tej pory jej zdobyć. Ku mojej wielkiej radości okazało się jednak niedawno, że autor napisał kolejną część, a wydawnictwo przy okazji wznowiło i tę starszą. Mam więc obie i obie mogłam przeczytać 🙂

Pierwsza z nich to historia Eddiego, pracownika Rubylandu, parku rozrywki. Eddie całe swoje życie spędził w zasadzie właśnie tam, choć bardzo chciał się stamtąd wyrwać, choć bardzo chciał żyć inaczej niż ojciec. I nawet umarł w pracy … ratując małą dziewczynkę, Annie. Druga część to historia tej dziewczynki, która, jako dorosła osoba, po tragicznym w skutkach wypadku, umiera na sali szpitalnej.

Obydwoje po śmierci podróżują przez niebo. Bardzo powoli, jakby przez całe swoje życie. Dokąd wędrują? Nie wiedzą. Bo każdy ma swoje miejsce, które jest dla niego rajem. Raj nie jest jednakowy dla wszystkich. Po drodze mają przewodników – właśnie te pięć osób. Każda z nich odegrała jakąś ważną rolę w ich życiu, choć niekoniecznie musieli ją znać osobiście. Każda, udziela im ważnych lekcji na temat ich życia i tego, co w życiu istotne. A wszystko po to, by zrozumieli, jaki właściwie sens miało ich życie.

Obie książki mają podobny schemat. W obu spotkania z ‚niebiańskimi’ posłańcami przeplatane są wspomnieniami różnych wydarzeń z całego życia naszych głównych bohaterów. Dowiadujemy się także co jakiś czas, co wydarza się w ‚naszym’ świecie po ich śmierci. Pozwala to zrozumieć więcej z tego, co dzieje się w niebie.

Obydwie powieści są pięknie napisane. Ale styl M. Alboma był mi już znany z powieści „Jeszcze jeden dzień”. Potrafi on pisać o rzeczach istotnych unikając banału i zmuszając do myślenia. Jest chwilami zabawnie, ale częściej wzruszająco.

Muszę jednak przyznać, że to „Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie” skradła całkowicie moje serce i myśli. Nie chcę za dużo zdradzać, ale mogę napisać, że poruszyła mnie i duszą … psa, i „błędną” historią Annie, i relacją córka-matka, i wątkiem dzieciątka, i tym, jak się skończyła. Zawsze bardziej przeżywamy historię, które gdzieś tam, mają coś wspólnego z naszym życiem. Ta właśnie taka była dla mnie.

Bardzo Wam polecam – i książki, i film.

Morderstwo ma motyw – Francis Duncan

Od jutra, czyli od 20 maja, w księgarniach znajdziecie ten właśnie retro kryminał, napisany przez Francisa Duncana. Pierwszy raz wydany został w 1947 roku. I wiecie, co? Wcale nie trąci myszką 😉

Głównym bohaterem jest Mordecai Tremaine, emerytowany właściciel trafiki, detektyw-amator, miłośnik romantycznych opowiadań. Właśnie przyjeżdża w odwiedziny do znajomych, Jean i Paula, do uroczej nadmorskiej miejscowości. Niestety trafia w sam środek dziwnych i tragicznych wydarzeń – wieczorem dnia poprzedniego zostaje zamordowana młoda kobieta, Lydia Dare, przyjaciółka jego gospodarzy.

Mordecai zaczyna więc swoje śledztwo, w porozumieniu i za zgodą oficera policji. Jako znajomy mieszkańców Dalmering, ma bowiem lepszy dostęp i możliwości uzyskania cennych informacji oraz plotek, co może przydać się i w oficjalnym postępowaniu. Okazuje się, że ofiara, jak i część mieszkańców, przygotowywała się do wystawienia sztuki „Morderstwo ma motyw”. Sztuka opowiada o trzech morderstwach, z których pierwsze wydaje się zaskakująco podobne do tego, co przydarzyło się Lydii.

Niebawem sprawy się komplikują, bo w trakcie próby odkryte zostają kolejne zwłoki … Czy ktoś z wioski próbuje naśladować sztukę? Dlaczego? A może to czysty przypadek?

Muszę przyznać, że intryga jest świetnie poprowadzona, do samego końca trudno właściwie domyślić się, kto stoi za morderstwami oraz jaki jest motyw sprawcy lub sprawców. Również dzięki temu, jak dobrze nakreślone są postaci – osoby o bardzo różnych charakterach i temperamentach. Autor umiejętnie też, od pierwszej opisanej sceny, buduje nastrój grozy, który udziela się czytelnikowi. Czujemy jakiś taki podskórny niepokój i obawę, że pod powierzchnią uroczej nadmorskiej miejscowości kryje się jakieś zło i występek.

Jeszcze słowo na temat głównego bohatera. Mordecai to znawca ludzkiej natury, bystry obserwator. Nie działa pochopnie, lubi patrzeć na sprawy z różnych stron, tak, żeby nie przeoczyć żadnego możliwego wątku. Nie ufa nikomu, sprawdza nawet przyjaciół. Przypomina trochę i Sherlocka Holmesa, i Herculesa Poirot, ale jednak działa trochę inaczej. Do tego ma pewną słabość – choć sam nie ma rodziny, ma wielką wyrozumiałość i tkliwość dla zakochanych – uwielbia romantyczne historie.

Bardzo polecam wszystkim tym, którzy lubią kryminały w ‚starym dobrym’ stylu – bez nadmiernego epatowania krwawymi szczegółami, bez pędzącej akcji.

Dom córek – Sarah-Kate Lynch i Paryż, mój słodki – Amy Thomas / Wakacyjne podróże 2 – Francja

Wakacyjne podróże nie muszą odbywać się tylko w czasie wakacji, prawda? 😉 A jako że Francja została mistrzem świata w piłce nożnej (może Wy tutaj nie wiecie, ale ja jestem bardzo, ale to bardzo zaangażowanym kibicem piłkarskim 😉 ), miejsce kolejnej podróży wydało mi się oczywiste 🙂

Tym razem zabiorę Was nawet w dwa miejsca – do Szampanii oraz do Paryża 🙂
Clementine całe życie spędziła z ojcem, który nigdy nie był dla niej miły. Dziewczyna poświęciła więc swoją uwagę uprawie winorośli oraz wytwarzaniu szampana Dom Peine rezygnując z własnego szczęścia i miłości (z czego jeszcze nie mogę napisać, żeby nie popsuć lektury) za towarzysza mając jedynie … Świnka (tak, ta forma jest jak najbardziej prawidłowa). Gdy nagle ojciec umiera, wszystko wywraca się do góry nogami. Do podziału spadku stawia się Mathilde, przyrodnia siostra, Amerykanka z wygodnym podejściem do życia osoby dobrze sytuowanej, z którą Clementine nie widziała się od czasów dzieciństwa, a także, zupełnie niespodziewanie, jeszcze jedna siostra – Sophie, o której nikt do tej pory nie wiedział. O tym, co się wydarzy, jak siostry ułożą sobie życie i wzajemne stosunki, a także o całym procesie tworzenia szampana – od posadzenia winorośli do wystrzelenia korka 😉 – przeczytajcie sami 🙂
Ta książka z kolei to nie powieść, a zapis pobytu autorki w mieście z jej marzeń. To dziennikarka-blogerka, rodowita Amerykanka z Nowego Jorku, pracująca w agencji reklamowej, która dostała propozycję pracy w Paryżu – dwa lata w Mieście Świateł – kto by nie skorzystał? Opisuje swoje przeżycia związane z pracą, nawiązywaniem przyjaźni, codziennym życiem w stolicy Francji. Nie było tak różowo, jak myślała, Francuzi niechętnie przyjmują obcokrajowców do swoich kręgów bliższych znajomości. Amy Thomas rekompensowała sobie towarzyskie braki zwiedzaniem Paryża śladami słodkości (w końcu miała na ich punkcie obsesję – prowadziła nawet bloga „Sweet Freak„). I dlatego tym, co tak naprawdę jest plusem tej książki, są opisy konkretnych punktów na kulinarnej mapie miasta – cukierni, piekarni, lodziarni, i tych wszystkich innych miejsc, w których można zjeść coś pysznego. Każdy rozdział to inny przysmak, a na końcu podane są dokładne adresy, gdzie można go znaleźć (są też adresy alternatywne – w Nowym Jorku). Brzmi jak świetny sposób na zwiedzanie, gdy znudzą nam się już te wszystkie zabytki 😉

Czasami kłamię – Alice Feeney

Amber to główna bohaterka tej książki.

Wiemy o niej trzy rzeczy:
1. Jest w śpiączce
2. Jej mąż jej nie kocha
3. Amber czasami kłamie …
Amber trafia do szpitala w czasie świąt Bożego Narodzenia. Dlaczego się tam znalazła, co się wydarzyło i dlaczego jest w śpiączce? Chociaż, niby jest w śpiączce, ale tak naprawdę to przecież ona sama próbuje znaleźć odpowiedzi na te pytania. A właściwie chyba jej … dusza, jaźń, jestestwo? Czymkolwiek tego nie nazwiemy, nie zmienia to faktu, że to właśnie z jej perspektywy poznajemy całą historię. 
Czasami cofamy się o kilka dni, czyli do połowy grudnia i poznajemy stopniowo rodzinę Amber, pracę Amber, wydarzenia, które mogły mieć wpływ na pobyt w szpitalu. Czasem znienacka pojawiają się fragmenty pamiętnika dziesięciolatki. Czy to pamiętnik Amber? Jakie tajemnice skrywa i czy może mieć znaczenie dziś, po tylu latach? Jednocześnie śledzimy również to, co dzieje się w szpitalu, a wbrew pozorom dzieje się tam sporo. Amber jest odwiedzana przez różne osoby, głównie przez męża i siostrę. Czy coś jest między nimi? Czy ma to znaczenie? Czy oni wiedzą, co się stało?
Oj, niełatwo jest znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania. Zwłaszcza, że autorka nie ułatwia zadania, serwując wiele twistów. Poszarpana narracja, przeskoki w czasie są jej narzędziem do wywoływania zamętu w głowie czytelnika. Wychodzi jej to dość dobrze, choć ja domyśliłam się kilu rzeczy wcześniej. 
Pochwalić muszę za to sposób kreowania bohaterów. Postaci są niejednoznaczne i gdy już, już, wydaje nam się, że o nich wszystko wiemy, nagle robią coś takiego, co sprawia, że zmieniamy o nich zdanie. Co więcej, jestem przekonana, że odrobina Amber czy Claire, kryje się w każdym z nas i sami nie wiemy, co by mogło się stać, gdybyśmy dopuścili je do głosu.
Z początku książka powoli się rozkręca, ale mniej więcej od połowy akcja zaczyna wciągać tak mocno, że trudno odłożyć lekturę na bok, żeby nie dowiedzieć się, jak się skończy. A kończy się …
A nie, nie napiszę oczywiście, musicie sami przeczytać. Pod warunkiem, że lubicie nieszablonowe bohaterki, że lubicie ‚zakręcone’ powieści, że lubicie być zaskakiwani 🙂

Styczeń z książkami – chłodne morze, szympans i sojowy sos

Nie podsumowałam ubiegłego roku – może jeszcze zrobię jakieś krótkie podsumowanie, a może i nie :), za to teraz nadrabiam to, co w tym roku. Na początek hurtowo styczeń. Hurtowo brzmi jakby to było dużo, a w rzeczywistości to były trzy książki 😉

Moja pierwsza tegoroczna lektura została wybrana do pierwszego tygodniowego wyzwania książkowego na FB (to taka specjalna grupa pasjonatów czytania – jedna z lepszych i fajniejszych!) – książka na literę ‚O". Długo na półce odczekała i bardzo się cieszę, że wreszcie ją przeczytałam. To jedenaście opowiadań, których akcja dzieje się nad morzem, ale w różnych czasach. Są tu historie związane z wojną, z dawnymi mieszkańcami nadmorskich terenów, o ludziach różnych wierzeń. Łączy je ten specyficzny klimat – surowy, do którego tylko nieliczni są w stanie się przyzwyczaić. Klimat, w którym trzeba nauczyć się żyć ze stratą, bo morze daje, ale i często zabiera. Świetne wyraziste postaci. Dość oszczędny język, ale bardzo piękny. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to bardzo polecam!
Druga z kolei to książeczka dla dzieci, również opowiadania, a właściwie legendy murzyńskie (też TWC – "więcej niż cztery słowa w tytule"). Bardzo zabawne, ale i mądre historyjki o różnych afrykańskich zwierzętach i choć większość z nich jest nieprawdziwa, to jednak wiele się można dowiedzieć o cechach tych stworzeń. Lektura dla małych, ale i dla dużych 🙂
Postanowiłam w tym roku z powrotem przyłożyć się do stosikowego wyzwania u Anny i ostatnia styczniowa książka została mi wybrana właśnie tam. Wbrew okładce 😉 to nie jest jakaś romantyczna szmira o miłości egzotycznej, ale całkiem niezła powieść obyczajowa o poszukiwaniu samego siebie. O zawieszeniu między dwoma światami, o spełnianiu cudzych oczekiwań, o rozdarciu między tradycją a ‚nowoczesnością’, o tym, czy da się wyrzec korzeni. I o produkcji sosu sojowego też się tu trochę informacji znajdzie 😉 A wszystko w olśniewającej miejskiej scenerii Singapuru – zobaczcie, jak tam pięknie 🙂