Sekret zegarmistrza – Renata Kosin

Malownicze, senne trochę Podlasie. Niewielki, prawie stupięćdziesięcioletni dom, w którym od lat mieszkała rodzina Leny. Lena w zasadzie też woli mieszkać w nim, niż z mężem i córką w Białymstoku. To tu czuje się najlepiej, z ‚duchami’ swoich dziadków, u których się wychowywała.

Trochę ‚zamętu’ w jej ustabilizowane i nudne odrobinę życie wprowadza nowa tajemnicza sąsiadka Nadia oraz niespodziewany remont. Remont, który odkryje sekretny pamiętnik. Do kogo należał? Dlaczego babcia nigdy nie mówiła Lenie o wszystkich członkach rodziny? Kim jest Emilie de Fleury? Jakie tajemnice skrywa Nadia i czy jej poszukiwania dalekiej krewnej łączą się jakoś z rodzinnym domem Leny?

Tropy prowadzą do Prowansji, a niektóre rodzinne sekrety może pomóc rozjaśnić tylko stara Derehajłowa, Honorata. Cóż z tego, skoro na każdym kroku pilnuje jej kuzyn Leny – Szczepan?

Brzmi trochę kryminalnie? Zapewniam, że tylko trochę, a ci, którzy spodziewają się krwawych 😉 scen – rozczarują się na pewno. Dużo ważniejsze w tej powieści są bowiem więzi rodzinne. Świetnie opisana wielopokoleniowa familia z tradycjami, powoli jednak rozpadająca się. Skrywane tajemnice, próby ukrycia niemiłych, niewygodnych wydarzeń nigdy nie kończą się dobrze. Do tego dochodzą nigdy niewypowiedziane na głos żale, pretensje – czy można o nich zapomnieć i żyć udając jakby nic złego się nie wydarzyło? Jeszcze trudniej, gdy dwie strony mają zupełnie inne wspomnienia tych samych zdarzeń – czyja wersja jest prawdziwa? A może obie? Jak to pogodzić? Wiem, że może nie dramat rodziny jest na pierwszym planie, ale to właśnie to zwróciło najbardziej moją uwagę.

A w tle / nie w tle jest jeszcze sporo – ciekawe nawiązania do powstańców styczniowych, do sławnych osób powiązanych z miejscami bliskimi Lenie – J. Kochanowskiego, M. Skłodowskiej-Curiem, P. Picassa. Wspaniale autorka odmalowuje Prowansję – urocze miejscowości Vallauris i Biot (możecie je teraz również zwiedzić wirtualnie na stronie R. Kosin). Bardzo interesującym ‚smaczkiem’ są wszechobecne zegary – dziadek Leny był zegarmistrzem, puszka z nieodebranymi zegarkami odegra ważną rolę w tej historii, ale marzę wprost o choćby jednej sztuce biżuterii przez Lenę wytwarzanej – połączeniu szlachetnych metali, kamieni z mechanizmami zegarków!

Bardzo polubiłam wszystkich w zasadzie bohaterów tej powieści – i pogubioną trochę Lenę, i jej dzielną córkę Ksenię, i nieszczęśliwą obarczającą się winą Nadię. I cały szereg tych postaci z drugiego planu w tym, tą, która mnie najbardziej ‚porwała’, czyli stara Derehajłowa -cóż za ‚stara wiedźma’ – cwana, bystra, i z sercem, choć niekoniecznie na dłoni 😉

Jeżeli lubicie rodzinne opowieści, a także skrywane przez lata tajemnice to ta powieść jest dla Was! Gorąco polecam, a sama po cichu liczę, że R. Kosin szykuje już drugą część 🙂

Złamane pióro – Małgorzata Maria Borochowska

Dziś, walentynkowo, o powieści, w której miłość się pojawia, ale nie jest do końca na pierwszym planie, ale staje się katalizatorem dla czegoś bardzo ważnego.

"Złamane pióro" to historia młodej dziewczyny, Emily. Wiemy o niej tyle, że skończyła studia, że jej rodzice i brat wyjechali, a ona sama nie chcąc rozpocząć pracy nauczycielki osiada na wsi w domku odziedziczonym po babci. Chce spróbować być samodzielna, sprawdzić się, odkryć, czy to co chce robić w życiu ma jakiś sens. Emily czuje bowiem, że jest pisarką, od zawsze żyje w podwójnym świecie. Wyczuć też można, że w jej życiu wydarzyło się coś dramatycznego, Emily zachowuje się czasem dziwnie, jest spięta, nieufna, niechętnie nawiązuje nowe znajomości.

Na wsi odwiedza ją przyjaciółka Alicja, która jest architektem, a także … wykładowca Alicji – Jacob, który, jak się okazuje, jest właścicielem osiedla, na którym znajduje się domek Emily. Nowy sąsiad to dojrzały mężczyzna, tajemniczy, niewiele zdradzający ze swojej przeszłości. Nie pozostanie to bez wpływu na Emily, której pisarska wyobraźnia podpowie różne rzeczy.

Książka pisana jest jakby dwutorowo, fragmenty rzeczywistości przeplatane są fragmentami powieści Emily. Powieści osadzonej w świecie fantastycznym, pełnym dziwnych postaci. Na początku, co muszę przyznać, trochę mnie to irytowało, ale gdy w końcu powieść naszej bohaterki wychodzi na pierwszy plan, zostałam ‚kupiona’, choć przecież nie przepadam za fantasy.

Dlaczego tak się stało? O tym za chwilę, poniżej. Teraz jeszcze tylko krótko napiszę, że świetnie udało się autorce powiązać te dwa światy, przenikały się naprawdę interesująco. Od pewnego momentu zaczynamy mocno kibicować Emily i po prostu nie możemy odłożyć książki na bok – skończyłam ją naprawdę późno w nocy.

Malutkie minusy – po pierwsze przydałaby się trochę lepsza korekta, a po drugie – ale to tylko takie moje małe ‚uprzedzenie’ – nie lubię, gdy bohaterzy książek polskich autorów mają ‚obce’ imiona i nazwiska.

A teraz już o tym, co mnie ostatecznie ‚kupiło’. To znakomita zabawa słowem. Cała powieść napisana jest pięknym językiem (stąd minus za korektę, bo literówki psują to trochę), widać też znajomość tego, o czym autorka pisze – architektury czy gry na fortepianie. Ale prawdziwa zabawa ma miejsce w powieści Emily – bohaterowie jej powieści – komuniści Doliniarze, demokraci Góranie, Mokradanie, Ekonadzy, De Watki, zasady rządzące ich światem to istne perełki. Jeśli chcecie poznać etymologię tych nazw, a także na czym polega komunizm i demokracja w tym świecie – musicie przeczytać "Złamane pióro".

Ale warto też poznać tę książkę ze względu na to, jak ważny temat porusza. To poszukiwanie siebie, odnajdywanie własnej drogi życiowej. Czy lepiej, gdy rodzice ją dla nas wybierają, popychając potem lekko, by utrzymać właściwy tor? Czy może lepiej próbować ją znaleźć na własną rękę przeciwstawiając się woli rodziców? Co zrobić, gdy dodatkowo weźmie się na siebie brzemię zadowalania innych i co, gdy to brzemię stanie się zbyt ciężkie i granice wytrzymałości zostaną przekroczone? Czy da się żyć z poczuciem winy próbując na życie zasłużyć? Czy na życie w ogóle trzeba zasługiwać? Czy trzeba sobie zasłużyć na to, żeby być kochanym? Trudne pytania, a powieść M. M. Borochowskiej raczej skłania do samozastanowienia się niż daje proste odpowiedzi.

Pan Przypadek i fioletowoskórzy – Jacek Getner

To już czwarte spotkanie z detektywem-amatorem Jackiem Przypadkiem. Tym razem ton trzem opowiadaniom nadają ludzie bezdomni. To pewna, dość specyficzna grupka takich osób odegra ważną rolę w trzech różnych zagadkach kryminalnych.

W pierwszym opowiadaniu "Winetu i Old Spejs" Jacka o przysługę prosi jego dawny szkolny kolega, teraz żyjący ‚wolno i niezależnie’ Winetu. Zaginęła jego ukochana Old Spejs. Co się z nią stało, czy rzeczywiście postanowiła porzucić stan bezdomności, zrobiła sobie operację plastyczną czy może stało się coś złego, a Old Spejs nie ma już na tym świecie? I co wspólnego ma z tym pewien lekarz?
Drugie opowiadanie podobało mi się chyba najbardziej. "Wszyscy jesteśmy winni" to jego tytuł. Mamy przestępstwo – napad na bezdomnego i zuchwałą kradzież wózka z zawartością. I nie problem znaleźć winnego, tych jest aż za dużo, sami się zgłaszają i każdy z pełnym przekonaniem twierdzi, że on jest winien. O co chodzi? Może o pewien spadek, może o sprawy ‚wojenne’ i zawirowania właścicielskie pewnej kamienicy?
Z kolei ostatnie opowiadanie "Świentoszek" to znakomita satyra na ‚pseudoekologów’. Sprawa unicestwienia podfruwajki brązowonosej wzbudza wielkie zainteresowanie. Komu zależy na jej  nagłośnieniu?

Oczywiście, jak zwykle, śledztwa śledztwami, ale najciekawsze zawsze dzieje się na drugim planie. I w tym tomie wszystko gmatwa się jeszcze bardziej, chociaż jedno się wyjaśnia – mam nadzieję, że u Błażeja będzie już tylko dobrze 🙂 Rodzinne perypetie Przypadków zmierzają powoli ku ostatecznym decyzjom; zabawne są sądowe ‚podrywaczki’; cudowny ojciec Błażeja; szkoda, że trochę mało było Marzenki.
Jeśli pamiętacie, że w tych opowiadaniach można rozpoznać czasem pewne znane osoby, to tym razem też nie będziecie zawiedzeni. Scena kręcenia odcinka show Bolka Szołtysika jest po prostu znakomita.

Na koniec jeszcze jedna refleksja – już przy wcześniejszych tomach pisałam o znakomitym zmyśle obserwacyjnym autora. Świetnie widać to w tej części przy opisywaniu ludzi bezdomnych, są sportretowani bardzo dobrze, z pewną dozą sarkazmu, ale nie bez życzliwości, bez oceniania, o które tak łatwo.
Niezmiennie – czekam z niecierpliwością na kolejne przygody Jacka, licząc na to, że w końcu znajdzie odpowiednią dla siebie kobietę (moim zdaniem ta odpowiednia jest bardzo blisko, nie wiem tylko, czy autor ma tę samą koncepcję 😉 ).

Przy okazji chciałabym przekazać informację od pana Jacka Getnera:
prowadzi on akcję “Przypadek w każdej
bibliotece”. W jej ramach każda biblioteka (również szkolna), która do napisze do autora na adres jacekgetner@op.pl i wyrazi chęć
otrzymania egzemplarzy “Pana Przypadka i trzynastki” otrzyma ode niego darmowy
egzemplarz (koszt przesyłki jest również po jego stronie). 

Excentrycy – Włodzimierz Kowalewski

epssz

Od piątku na ekranach polskich kin gości najnowszy film Janusza Majewskiego „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie życia”, oparty na powieści Włodzimierza Kowalewskiego. Odkąd pierwszy raz usłyszałam o filmie, wiedziałam, że muszę go zobaczyć, a właściwie „usłyszeć” 🙂 , ale od początku byłam też pewna, że najpierw muszę przeczytać książkę. I o wrażeniach z lektury dziś, na wrażenia z filmu trzeba jeszcze chwilę poczekać 😉

Ciechocinek, późne lata 50-te. Część ludzi tak, jak Wanda żyje, a właściwie wegetuje – niczego nie pragnąc, do niczego nie dążąc, nie widząc sensu życia. I co najważniejsze – nie wspominając. Bo wspomnienia bolą okrutnie, od wojny, która zabrała wszystko – rodzinę, ukochane osoby, dawne życie, wolność – nie minęło jeszcze wiele lat. W kraju zmieniło się wszystko, o przeszłości lepiej nie mówić, bo można narazić się ‚donoszącym’. Nagle Wanda dostaje list od brata Fabiana, który postanawia wrócić do Polski z Wielkiej Brytanii. Po co ktokolwiek może chcieć wracać? Tym bardziej, że poza Wandą, nie ma nikogo bliskiego, kto przeżył …
A jednak Fabian przyjeżdża i od razu wprowadza życie i energię. Chce stworzyć big-band, który zagra choć jeden raz. Bo swing, ta wspaniała muzyka, płynie po prostu w jego żyłach. Do jej rytmu chodzi, tańczy, gra, oddycha, nią żyje. Znajduje kilku zapaleńców, również ‚potłuczonych’ przez los i zaczynają próby. Do zespołu dołącza również miejscowa nauczycielka Modesta, niezwykle tajemnicza i dawkująca starannie jakiekolwiek informacje o sobie, kobieta. Fabianowi udaje się także namówić do występów siostrę, choć ona wolałaby zapomnieć o dawnej swojej odsłonie.
Co się wydarzy w sennym kurorcie po sezonie? Czy można być nonkonformistą w takich dziwnych czasach? Kim są zagadkowi ludzie, którzy co jakiś czas zaskakują Fabiana dziwnym hasłem? Kim tak naprawdę jest Modesta? Czy Wandę czeka jeszcze szczęście? tego musicie dowiedzieć się z książki 🙂
Chociaż początkowo akcja rozwija się niespiesznie, szybko dajemy się porwać autorowi oraz swingowi. Dla mojego i młodszego pokolenia to jest fantastyczna podróż do świata, którego nie znamy, o którym wiemy raczej niewiele. Dla starszych z pewnością może to być podróż sentymentalna. Wiernie odtworzone realia życia w tamtych latach, klimat społeczny, swego rodzaju ‚upadek’ moralny. Świetnie nakreślone postaci. Fabian – około pięćdziesiątki, wydawałoby się, że niewiele już powinien chcieć, a jemu się chce, on się nie poddaje władzy i narzuconemu sposobowi życia. Wanda – najbardziej chyba ‚złamana’, ale chyba wzbudzająca największą sympatię. Znakomity drugi plan – muzycy, ‚skompletowani’ z najdziwniejszych typów – jest i milicjant, i starszy kelner, i stroiciel fortepianów (szukający w literaturze tropów na dowód homoseksualizmu twórców), i lekarz. Wśród nich nieoczekiwany bohater znalezionego przez Fabiana w pokoju pamiętnika dawnego przedwojennego lokatora (jak się okazuje autora wielu przedwojennych szlagierów – szkoda, że ten wątek nie został rozwinięty!). I jeszcze właścicielka pensjonatu, w którym zamieszkują Wanda i Fabian – wiecznie pijana, wiecznie w barłogu, wiecznie wspominająca dawnych kochanków Bayerowa.
Ale poza tymi oczywistymi plusami, jakim są czas akcji oraz doskonale sportretowani bohaterowie, jest jeszcze muzyka. Wiele tu ciekawostek, wiele muzycznych przebojów, wiele muzycznych mądrości. Aż ma się wielką ochotę posłuchać tych wszystkich big-bandowych evergreenów.
Polecam gorąco – przeczytajcie!!!
A potem idźcie na film, ja się wybieram w najbliższym czasie :), tymczasem wspólnie możemy obejrzeć zwiastun:

Sekretna herbaciarnia – Vanessa Greene

Próbuję nie robić zaległości w nowym roku, przed Wami więc pierwsza tegoroczna lektura 🙂

Wydana w serii "Leniwa Niedziela" powieść okazała się idealna na taki leniwy początek roku, jaki miałam. Urokliwa, przyjemna, a przecież i niegłupia.
Scarborough to nadmorskie miasteczko w Anglii. Życie toczy się tam powoli, spokojnie, bez większych dramatów, a przynajmniej nie widać ich na pierwszy rzut oka. Trudno tu jednak mieszkać, gdy jest się samotną matką, jak Kat, ledwie wiążącą koniec z końcem. Problemy ze znalezieniem pracy po dłuższej przerwie na dziecko, były mąż, który nie pomaga – kłopoty to niestety duża część jej życia. Ale jest jedno miejsce w miasteczku, które daje jej schronienie, odskocznię – to urocza, staroświecka nieco, ponad stuletnia herbaciarnia Nadmorska, prowadzona przez Letty z niewielką pomocą syna Euana.
To właśnie w Nadmorskiej przetną się drogi trzech kobiet – Kat, Charlie i Seraphine. Charlie przyjechała tu na chwilę, do siostry, która urodziła trzecie dziecko. Ale herbaciarnia natchnie ją do tematu specjalnego dodatku do pisma, w którym pracuje, a jeśli dodatek okaże się dobry, Charlie zostanie redaktorką naczelną. Seraphine z kolei jest młodziutką Francuzką, która trafiła do Scarborough jako au-pair, opiekunka 10-latki, której zmarła matka była również Francuzką. Jednak Seraphine uciekła również przed zmierzeniem się z wyzwaniem, jakim byłoby powiedzenie rodzicom o swojej miłości, której obiektem jest … kobieta.
Charlie postanawia poświęcić numer specjalny herbaciarniom, a Letty rekomenduje Kat na jej pomocnicę. Zagubiona Seraphine (która jak mało kto zna się na wypiekach – skończyła we Francji kurs cukierniczy) również dołącza do ‚kółka’ i we trzy zaczynają zwiedzać okolice i opisywać napotykane herbaciarnie. Tak zawiązuje się ich przyjaźń. Przyjaźń, która okaże się ważna w kluczowych dla nich momentach.
Każda z nich będzie musiała bowiem podjąć trudne, życiowe decyzje. Niekiedy będą one oznaczały całkowitą zmianę trybu życia, niekiedy konieczność odkrycia własnej tożsamości. A do tego jeszcze okaże się, że i Letty skrywa wielką tajemnicę, która po latach wyjdzie na jaw i wpłynie na losy kilku osób.
Oczywiście, pojawią się również wątki miłosne – nie są one jednak dominujące. Dużo ważniejsza jest sfera samych kobiet.
Powieść napisana jest ‚naprzemiennie’ – na zmianę dowiadujemy się szczegółów z życia poszczególnych bohaterek. Autorka stworzyła bardzo przyjemny klimat- bohaterki w zasadzie od pierwszych stron zdobywają naszą sympatię, nie są irytujące. Myślę zresztą, że wiele z nas bardzo chętnie zamieniłoby się z nimi miejscami, by spedzać czas na podwieczorkach z wykwintnymi kanapkami, pysznymi ciastkami oraz wspaniałą aromatyczną herbatą 🙂 Aż się chce samemu taki zorganizować 🙂
Jednocześnie, pod tą lukrową warstwą kryją się też i poważne tematy. Vanessa Greene dotyka samotnego macierzyństwa, problemów małżeńskich (trochę nietypowych!), pędu za karierą, radzenia sobie z żałobą, podejścia do wychowania dzieci, dzielenia się opieką nad dzieckiem po rozwodzie, czy wspomnianej już wcześniej orientacji seksualnej. Robi to jednak w delikatny wyważony sposób. 
Bardzo polecam – ta książka to taka książka-pocieszyciel, idealna na pochmurne dni. Zaparzcie więc herbatę i czytajcie 🙂

Tysiąc drzewek pomarańczowych – Kathryn Harrison

Trochę mi się splotły dwie historyczne powieści wydane w tym roku przez wydawnictwo Marginesy – w "Lodach dla królowej" nie pojawia się co prawda jedna z bohaterek tej książki – Maria Luisa, ale tam występują jej rodzice i stryj – Król Słońce Ludwik XIV.

Niestety losy jego bratanicy nie potoczą się tak cudownie, jak było na jego dworze. Maria Luisa zostaje wydana za króla Hiszpanii, wyprawiona do Madrytu i ma spełnić najważniejszą z powinności każdej królowej – dać następcę tronu. To się jednak nie udaje, po wielokroć, zaczyna się więc szukanie winnych. A gdzie najłatwiej ich znaleźć w kraju rządzonym przez nadmierną religijność (osobliwe przywiązanie króla do relikwii) i Świętą Inkwizycję?

I tu główny wątek tej powieści- historia córki hodowcy jedwabników zaczyna wybrzmiewać pełnym głosem. Francisca zostaje oskarżona o czary, jest jedną z wielu, ale to jej losy najmocniej związane były z dworem królewskim przez matkę, która przez pewien czas była mamką króla. Stopniowo poznajemy jej dzieciństwo, przepięknie snute wątki opowieści o produkcji jedwabiu, naznaczone konfliktem dziadka przywiązanego do tradycji oraz ojca, który wiecznie poszukiwał nowych, lepszych metod. Mamy tragedię dziewczynki, gdy opuściła ją matka, by udać się na dwór. Powoli odkrywamy jej grzechy, jej przekorną zbuntowaną naturę i jej wielką namiętność, najpierw do uczenia się pisma, później do tego, który tego pisma ją uczył.

Dwa główne wątki splatają się, mijają, przechodzą mimo. Dwie młode kobiety bez żadnego wpływu na swój los. Dwie kobiety, które pragnęły tego samego – miłości, szczęśliwego spokojnego dobrego życia, chociaż wywodziły się z dwóch odmiennych światów. Obie czeka tragiczny koniec- czy są gotowe się z nim pogodzić?

Niezwykle smutna, przesycona nieuchronnością śmierci, kary jest powieść Amerykanki. Snuje ją powoli jakby tkała jedwabny materiał – delikatnie, żeby nie urwać, nie splątać nici. Bohaterów przedstawia obiektywnie, sami musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy byli dobrzy, czy źli. Przyznam, że właściwie ani jeden bohater nie zdobył mojej sympatii. Wszyscy, albo mieli dobre intencje, ale źle czynili, albo już i motywacja ich była zła. Chyba jedyną prawdziwie dobrą, bezinteresowną osobą była matka Franciski.

Autorka bardzo naturalistycznie opisuje przedstawiany świat, co pasuje do powieści rozgrywającej się w iberyjskim kręgu kulturowym. Jednak dla mnie czytanie o tym bywa trudne, musiałam robić sobie przerwy dla zaczerpnięcia oddechu po tych wszystkich torturach, ciemnych śmierdzących lochach Inkwizycji czy dusznych przepojonych wonią strachu, żądzy i krwi pałacowych komnatach.

Jeśli ciekawią Was losy hiszpańskich władców, jeśli lubicie niejednoznacznych bohaterów, to jest powieść dla Was – polecam!

Bajki, które zdarzyły się naprawdę – Anna Moczulska

Anna Moczulska prowadzi bardzo interesującego bloga – Kobiety i historia, na którego zaglądam już od jakiegoś czasu. Mnóstwo ciekawych wpisów o bardziej lub mniej znanych bohaterkach, do tego zdjęcia – czegóż chcieć więcej? Może tego, żeby w postaci tomiku leżało sobie gdzieś na półce tak, żeby w każdej chwili można sobie było zajrzeć, poczytać 🙂
Na szczęście nie tylko ja miałam taki pomysł i dzięki temu możemy cieszyć się pierwszą książką. Celowo piszę "pierwszą", bo jestem przekonana, że to nie jest ostatnie słowo autorki!

Doboru bohaterek dokonano według specjalnego klucza. Klucza bajkowego, bo któraż z małych dziewczynek nie marzyła o tym, żeby być królewną albo chociaż księżniczką? Czy, gdyby to marzenie się spełniło, czekałoby nas wieczne szczęście czy wprost przeciwnie? To próbuje pokazać A. Moczulska na przykładzie tych słynnych kobiet.

Na początku mamy historie czterech Kopciuszków – Elżbiety Rakuszanki – matki królów, carycy Katarzyny I, angielskiej guwernantki Anny Leonowens i austriackiej arcyksiężnej bez żadnych praw Zofii Chotek.
Później są trzy Śpiące Królewny – trzy Jagiellonki, córki Zygmunta Starego i królowej Bony, siostry Zygmunta Augusta – Anna, Katarzyna (moja ulubiona* królewna) i Zofia – wszystkie mądre, wykształcone (Zofia – to prawdziwie dobrane imię!).
Kolejny rozdział to Księżniczki na ziarnku grochu – Jane Grey, Teresa Kunegunda Sobieska, Karolina Matylda Hanowerska, Eliza Radziwiłłówna i Stefania Klotylda Koburg. Następnie Piękne i Bestie – nieszczęsna Klara Zach i Kazimierz Wielki, Joanna Szalona i Filip Piękny, Maria Tudor i jej ojciec Henryk VIII, mąż i siostra, Sydonia von Borck i Ernest Ludwik Piękny oraz Joanna Grudzińska i znienawidzony przez Polaków Konstanty Romanow.
A na końcu poznajemy Królewny Śnieżki ze złymi ‚macochami’: Halszkę z Ostroga i Beatę Łaską**, Barbarę Radziwiłłównę i Bonę Sforzę, a także Elżbietę Sissi Bawarską i Zofię Wittelsbach.

Ale jeśli myślicie, że są to ‚drętwe’ suche życiorysy z datami ważniejszych wydarzeń, to grubo się mylicie! To świetnie napisane, żywym, czasem bardzo potocznym, współczesnym językiem, opowieści. Pełne mnóstwa ciekawostek, anegdot, ale też i domysłów autorki. Zresztą ‚czuć’ bardzo, kiedy obdarza ona swoje bohaterki sympatią, a kiedy wprost przeciwnie, niektórych bohaterów oskarża, innych próbuje usprawiedliwić – można się z nią zgadzać lub nie, ale dzięki temu postacie nie pozostawią Was obojętnymi.

O właśnie, muszę się do czegoś przyznać – Moczulska ma wielki dar – tak bardzo ‚uczłowiecza’ wybrane przez siebie kobiety, że wzbudziły one we mnie całą gamę uczuć. Kilka mnie bardzo irytowało, kilka rozgniewało, kilka bardzo chciałabym poznać, kilka wzruszyło. Losy jednej, córki Jana III Sobieskiego i królowej Marysieńki, sprawiły, że musiałam książkę odłożyć, żeby powstrzymać łzy …

Ech, żeby nauczyciele historii umieli tak opowiadać, jak autorka! Lekcje nigdy nie byłyby nudne 🙂

Miłym dodatkiem są zdjęcia i wizerunki prawie wszystkich bohaterów oraz bibliografia, gdybyśmy chcieli poszerzyć swoją wiedzę.

Ode mnie dodatkowy plus – lokalny 🙂 Otóż jedna z bohaterek, piękna i dumna Sydonia von Borck, pochodziła z moich rodzinnych strona. Jest ona chyba raczej mało znana, a przecież to jedna z ostatnich spalonych na stosie czarownic (po śmierci na szczęście, choć gwałtownej – przez ścięcie). Obraz, który jest i w książce, z jej przepiękną podobizną, zdobił ściany kawiarni Sydonia, do której chodziłam w dzieciństwie 🙂

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, również o innych postaciach, koniecznie zajrzyjcie do książki! Zaglądajcie również na bloga pani Anny – Kobiety i historia.

* ulubiona królewna, bo bohaterka mojej ulubionej powieści z dzieciństwa – "Czterej królowie Katarzyny" Małgorzaty Duczmal. Swoją drogą w dobie tak wielkiej popularności powieści historycznych o Tudorach ;), aż prosi się o jej wznowienie  – Polacy nie gorsi, a historia Jagiellonów jest równie, o ile nie bardziej interesująca!
** historia Halszki oraz jej matki – pięknej Beaty jest również jednym z wątków tej znakomitej wspomnianej przeze mnie książki M. Duczmal. Gdy o nich czytałam teraz, czułam się jakbym spotkała dawno niewidziane znajome 🙂

Sekret Sonji – Asa Hellberg

Pod koniec ubiegłego roku przeczytałam książkę "Ostatnia wola Sonji" z przepiękną okładką, która kryła równie piękne przesłanie – na nic w życiu nigdy nie jest za późno, zawsze można coś zmienić, trzeba tylko się odważyć!

Oczywiście głównym bohaterkom było łatwiej choćby ze względu na to, ze otrzymały spadek po przyjaciółce, tytułowej Sonji. Spadek nie dotyczył jednak jedynie pieniędzy, ale również pewnych nieruchomości poza Szwecją, co wiązało się z przeprowadzką. Każda z trzech bohaterek w dojrzałym wieku postanowiła go przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza i tak się skończyła część pierwsza. Teraz mamy kolejną, w której możemy podejrzeć ich dalsze losy i sprawdzić, jak im się ułożyło to nowe życie. Odwiedzimy Susanne w jej hotelu w Londynie, Maggan i jej paryską restaurację oraz Rebeckę i jej piękną willę na Majorce, willę, która ma stać się przystanią dla samotnych matek.

Ale na horyzoncie pojawiają się również nowi bohaterowie – rozwiedziony Benny, kucharz z hotelu Susanne, który przyjeżdża do Paryża na szkolenie w restauracji Maggan; Julie – Angielka na krótkich wakacjach, która mieszka w tej samej paryskiej kamienicy, samotna, po wielu zawodach miłosnych woli się nie angażować. Czy ich spotkanie jest przypadkowe, czy połączy ich trwałe uczucie? W jaki sposób ich losy połączą się z losami trzech przyjaciółek?

To jeszcze nie wszystko – mamy jeszcze jedną ciekawą parę – dziennikarkę Kicki oraz fotografa Fredrika – ‚dziewczyny’ zatrudniają ich do pomocy nad redakcją książki o Sonji autorstwa Maggan. Muszą oni przeprowadzić małe śledztwo i dowiedzieć się czegoś więcej o kilku latach z młodości Sonji, latach, gdy przyjaciółki straciły ją z oczu, a ona nigdy im o nich nie opowiadała. Sytuację dodatkowo utrudnia to, że dawno temu Fredrik i Kicki byli parą, a rozstali się dość burzliwie. Jak ułoży się ich współpraca? Jaki tytułowy sekret skrywa przeszłość? Co łączyło Sonję z prezydentem Francji? Czy rzeczywiście życie Sonji było zawsze lekkie, łatwe i przyjemne?

Asa Hellberg ponownie w bardzo ciepły sposób opisuje życie bohaterek, które rzadko spotyka się w literaturze – dojrzałe panie w wieku dość zaawansowanym. Ponownie podkreśla, jak dużą rolę w życiu odgrywają wartości takie, jak przyjaźń, poleganie na innych, zwłaszcza w trudnych chwilach, ale także odrobina szaleństwa i otwarcia na zmiany. Jak w pierwszej części, tak i w tej porusza również dużo poważniejsze tematy – ciężka choroba, lęk przed utratą kobiecości, aborcja, porzucenie dziecka, długotrwałe kłamstwo w rodzinie, kwestie ‚drobnych’ oszustw i zaufania w związku.

To nie jest z pewnością wybitna powieść, światem literackim raczej nie wstrząsa, nawet nie próbuje. Ale jeśli jesteście na rozdrożu, potrzebujecie pociechy lub choćby chwilowej ucieczki od swoich problemów – to myślę, że obydwie powieści będą bardzo dobrym wyborem.

Uroczysko – Magdalena Kordel

"Uroczysko" to pierwsza powieść autorki z akcją umieszczoną w miejscowości o bardzo wdzięcznej nazwie Malownicze. Ja miałam już przyjemność w nim być – w powieści "Sezon na cuda". Książka to dla mnie ważna, ponieważ zainspirowała mnie do założenia bloga wyzwaniowego "Znalezione pod choinką", który jest dla mnie źródłem nieustannej radości, dumy i po prostu dobrej zabawy (przy okazji zapraszam do współudziału – najnowsza edycja rusza za niecałe dwa miesiące). Nic więc dziwnego, że skusiłam się, by poznać wcześniejsze losy głównych bohaterów.

Majka zostaje porzucona przez męża. Jej sytuacja jest o tyle trudna, że przez jego nieodpowiedzialne działania traci również dom. Banał? Schemat? Pewnie tak, trzeba jednak pamiętać, że ta książka pierwszy raz wydana była pięć lat temu, gdy jeszcze nie było takiego przesycenia.

Majka jedzie odpocząć od problemów do domu w górach, odziedziczonego po starej ciotce. Tam poznaje kilkoro nowych znajomych, poznaje miasteczko, górskie okolice i … postanawia wywrócić życie do góry nogami. Swoje i swojej córki. Majka zatrudnia się w miejscowej szkole, a z domu chce zrobić pensjonat. Będzie mogła liczyć na pomoc ojca, przyjaciółki, która u niej zamieszkuje, córki i jej znajomych, pewnego zaprzyjaźnionego weterynarza oraz całej plejady miejscowych postaci.

To, co zdecydowanie wyróżnia "Uroczysko" – to klimat. W tych książkach (bo "Sezon na cuda" jest pod tym względem podobny) nie chodzi o dawanie recept na życie, nie chodzi o wznoszenie się na wyżyny literackiego kunsztu. Magdzie Kordel udaje się jednak wielka sztuka – sprawienie, że czytelnik przenosi się w inne miejsce i zapomina o swoich problemach choć na chwilę. Przy tym czuje się tak, jakby od zawsze znał mieszkańców Malowniczego, bo w kreacji bohaterów, w opisach miasteczka czuć ducha L. M Montgomery – ci, co znają Józefa, na pewno się tam odnajdą 🙂

Jeśli nie znacie jeszcze Majki oraz całej reszty, a macie ochotę na chwilkę zapomnienia w czymś ciepłym, miłym i niosącym pociechę – wyruszajcie do "Uroczyska". Mnie cieszy wiadomość, że i "Sezon na cuda" doczeka się wznowienia, mam nadzieję, że będziemy się nim mogli cieszyć przed Bożym Narodzeniem 🙂

A na koniec fotka z tegorocznych Targów Książki, gdzie udało mi się dorwać autorkę i zmusić do wpisania do książki 😉

Wyspa – Joanna Miszczuk

A co jeśli nie jesteśmy jedyną cywilizacją
na świecie? Co, jeśli gdzieś obok nas, niedaleko, równolegle, żyje
cywilizacja równie, a może lepiej rozwinięta od nas? Taki punkt wyjścia
przyjęła Joanna Miszczuk, autorka trylogii o kobietach-czarownicach w
swojej najnowszej powieści.

Lumia – wyspa położona gdzieś
niedaleko Azorów. Niedostępna dla żeglarzy, trudna do wykrycia. Wyspa,
która od lat jest w stanie wyżywić, zapewnić opiekę i ochronę swoim
mieszkańcom. Na wyspie nie istnieje żądza władzy, głos mają wszyscy;
każdy ma też określoną funkcję w tym społeczeństwie – są opiekunowie,
karmiciele, obrońcy, strzegący pamięci, budowniczowie. Czymś, co jeszcze
bardziej wpływa na niesamowitość wyspy jest roślina, rosnąca tylko
tutaj – luminia. Jej tajemnicze właściwości pozwalają na rozwój
medycyny, budownictwa i wielu innych dziedzin. Idylla, prawda? Któż nie
chciałby żyć w takiej utopii?

Jednym z dwóch głównych
wątków jest właśnie historia wyspy, poprowadzona od drugiej połowy XVI
stulecia, gdy na wyspę trafia dwóch portugalskich poddanych, którzy
wywrą spory wpływ na Lumijczyków. To historia nie tylko samej wyspy, ale
i ich kontaktów ze światem zewnętrznym. Możemy wtedy prześledzić, jak
odbierają oni różne rzeczy oczywiste dla nas, a przecież, może warto
byłoby je przemyśleć?

Drugim wątkiem jest współczesna
historia Maxime, dziewczyny, która miała trudne dzieciństwo, po kilku
tragediach zaś podporządkowuje życie zemście.Czy zemsta da jej ukojenie?
Dokąd ją to zaprowadzi? I w jaki sposób jej los zostanie spleciony z
wyspą? Poszukajcie odpowiedzi w książce.

Przeplatające się
dwa wątki to stały już chyba znak rozpoznawczy J. Miszczuk. Podobnie
było w "Matkach, żonach, czarownicach" i kolejnych częściach. I podobnie
zresztą wątki historyczne, tak osadzone w tamtych realiach, tak
ciekawie pokazujące bohaterów, są mocną stroną powieści. Część
współczesna jest tą, którą mniej wciąga, mniej intryguje, słabiej
zaciekawia.

Bardzo dobrze autorka opisała tytułową wyspę.
Szczegółowo przedstawiona wielowiekowa historia, świetnie opisana
topografia, cały skomplikowany system podziału obowiązków, realistyczni
bohaterowie, których obdarza się sympatią, to wielkie plusy. Fajne są
również postaci z tła, jak choćby Miguel, żeglarz, który szuka
zaginionego na morzu brata – chętnie przeczytałabym powieść z nim w roli
głównej lub opowieść o tym, co stało się z jego rodziną, gdy on trafił
na Lumię.

"Wyspa" z pewnością warta jest odwiedzenia.
Samemu trzeba jednak odczytywać znaki pozostawiane przez autorkę,
momenty historyczne w świecie zewnętrznym przez nią dobrane i samemu
przemyśleć wiele spraw. Pod tym względem książka ta jest naprawdę dobra –
a co jeśli nie jesteśmy tutaj sami?