Morderstwo ma motyw – Francis Duncan

Od jutra, czyli od 20 maja, w księgarniach znajdziecie ten właśnie retro kryminał, napisany przez Francisa Duncana. Pierwszy raz wydany został w 1947 roku. I wiecie, co? Wcale nie trąci myszką 😉

Głównym bohaterem jest Mordecai Tremaine, emerytowany właściciel trafiki, detektyw-amator, miłośnik romantycznych opowiadań. Właśnie przyjeżdża w odwiedziny do znajomych, Jean i Paula, do uroczej nadmorskiej miejscowości. Niestety trafia w sam środek dziwnych i tragicznych wydarzeń – wieczorem dnia poprzedniego zostaje zamordowana młoda kobieta, Lydia Dare, przyjaciółka jego gospodarzy.

Mordecai zaczyna więc swoje śledztwo, w porozumieniu i za zgodą oficera policji. Jako znajomy mieszkańców Dalmering, ma bowiem lepszy dostęp i możliwości uzyskania cennych informacji oraz plotek, co może przydać się i w oficjalnym postępowaniu. Okazuje się, że ofiara, jak i część mieszkańców, przygotowywała się do wystawienia sztuki „Morderstwo ma motyw”. Sztuka opowiada o trzech morderstwach, z których pierwsze wydaje się zaskakująco podobne do tego, co przydarzyło się Lydii.

Niebawem sprawy się komplikują, bo w trakcie próby odkryte zostają kolejne zwłoki … Czy ktoś z wioski próbuje naśladować sztukę? Dlaczego? A może to czysty przypadek?

Muszę przyznać, że intryga jest świetnie poprowadzona, do samego końca trudno właściwie domyślić się, kto stoi za morderstwami oraz jaki jest motyw sprawcy lub sprawców. Również dzięki temu, jak dobrze nakreślone są postaci – osoby o bardzo różnych charakterach i temperamentach. Autor umiejętnie też, od pierwszej opisanej sceny, buduje nastrój grozy, który udziela się czytelnikowi. Czujemy jakiś taki podskórny niepokój i obawę, że pod powierzchnią uroczej nadmorskiej miejscowości kryje się jakieś zło i występek.

Jeszcze słowo na temat głównego bohatera. Mordecai to znawca ludzkiej natury, bystry obserwator. Nie działa pochopnie, lubi patrzeć na sprawy z różnych stron, tak, żeby nie przeoczyć żadnego możliwego wątku. Nie ufa nikomu, sprawdza nawet przyjaciół. Przypomina trochę i Sherlocka Holmesa, i Herculesa Poirot, ale jednak działa trochę inaczej. Do tego ma pewną słabość – choć sam nie ma rodziny, ma wielką wyrozumiałość i tkliwość dla zakochanych – uwielbia romantyczne historie.

Bardzo polecam wszystkim tym, którzy lubią kryminały w ‚starym dobrym’ stylu – bez nadmiernego epatowania krwawymi szczegółami, bez pędzącej akcji.

Reklamy

Ostatnia wola – Joanna Szwechłowicz

Wyobraźcie sobie, że dostajecie list od Waszej prawie stuletniej ciotki. Ciotki, która mieszka sama w ogromnym pałacu i zaprasza Was i kilka innych wybranych osób z rodziny na parę ostatnich dni roku 1938. Zamierza bowiem w sylwestrowe popołudnie odczytać swój testament, a potem … umrzeć w wybrany przez siebie sposób. Co robicie?

Oczywiste, że jedziecie. Jako i kilkoro krewnych Wirydianny Korzyckiej. Tej bogatej milionerce się nie odmawia. A nuż, po tej wizycie czyjeś życie ulegnie wielkiej odmianie? Niestety, już po drodze jedno z nich umiera w pociągu. Po krótkich formalnościach z policją udają się jednak do posiadłości, ciekawi, co też knuje ciotka. Po kolacji, która dla ciotki stanowi okazję do wyzłośliwiania się na temat wszystkich obecnych, idą spać. Nad ranem okazują się dwie rzeczy – po pierwsze ciotka i jeszcze jedna osoba … nie żyją, zostały zamordowane, po drugie zaczęła się śnieżyca, a to oznacza, że morderca jest nadal w pałacu (a może to któreś z nich?!), a oni nie mogą teraz wyjechać.

Cóż pozostaje do zrobienia? Przeprowadzić śledztwo. Znany schemat? Pewnie, że znany. Kilka najlepszych książek chociażby Agathy Christie właśnie na nim się opiera. Ale to w niczym nie przeszkadza, żeby delektować się lekturą. Joanna Szwechłowicz świetnie bowiem bawi się konwencją, stereotypami, dodając szczyptę humoru.

Korowód postaci stworzonych przez nią jest bardzo dobrze dobrany. Reprezentują oni różne stany, różny wiek, różne płcie. Każdy ma inną motywację, każdy inaczej się zachowuje. Jest młoda uboga sekretarka z ciotką, jest adept prawa, ekscentryczna pisarka z niemniej ekscentryczną trzynastoletnią, bardzo rezoultną córką (chwilami mądrzejszą od niektórych dorosłych), jest małżeństwo nieco tajemnicze i dziwnie nie pasujące do siebie, jest wreszcie ojciec Aleksander, zakonnik, który podejmuje się dowodzenia śledztwem. Ja najbardziej polubiłam Basię (dziewczynkę) oraz właśnie ojca Aleksandra, który jest lekko nieporadny, jakby zagubiony, ale potrafi analizować informacje, potrafi je też ‚wyciągnąć’, a do tego podobało mi się, że jako chyba jedyny podchodził do Basi z szacunkiem i nie traktował jej z góry.

Powieść nawet przez moment nie jest nudna. Stopniowo sami stajemy się detektywami-amatorami. Mamy swoje typy, swoich podejrzanych, choć muszę przyznać, że autorka tropy podrzuca bardzo umiejętnie. Gdy już, już wydaje nam się, że wiemy, kto jest mordercą, za chwilę pojawia się nowy szczegół rzucający ‚światło’ podejrzenia na zupełnie kogoś innego.

Wspomnę jeszcze, że delikatnie co prawda, ale klimat grozy potęguje oczywiście osadzenie w czasie – koniec 1938 roku. Ale także miejsce dobrane jest specjalne – Wielkopolska, tuż przy granicy z Rzeszą. Stąd wątek dwóch osób z gromady okazuje się mieć drugie dno.

Świetna rozrywka, zwłaszcza dla fanów kryminału retro i fanów takiego klasycznego rozgrywania intrygi kryminalnej. Polecam bardzo! A sama biegnę szukać poprzedniej książki autorki "Tajemnica szkoły dla panien" – że też ją przegapiłam wcześniej! 🙂

Mam na imię Księżniczka – Sara Blædel

Na początku października ubiegłego roku pisałam o książce nowej, na naszym rynku, autorki ze Skandynawii (która chyba jest szczególnym zagłębiem zbrodni 😉 ). "Handlarz śmiercią" to była pierwsza część serii o policjantce Louise Rick, a na drugą na szczęście nie trzeba było długo czekać.

Ciekawa byłam zwłaszcza tego, co wydarzy się w życiu prywatnym Louise i jej przyjaciółki dziennikarki Camilli. Tym razem jednak samej Camilli było stosunkowo niewiele, za to jej ukochany okazał się … No właśnie, kim? Asystent kryminalna Rick stanie za to przed niezłym dylematem – dotąd wydawało jej się, że chyba nie do końca chce wyjść za mąż za swojego narzeczonego, nie pojechała przecież za nim do Szkocji, czy teraz spojrzy inaczej na swój związek? Czy można wybaczyć coś, po czym utraciło się zaufanie do drugiej osoby?

Ale sam główny wątek kryminalny (choć w sumie dość ‚oklepany’) bardzo mi się podobał. Młoda kobieta zostaje brutalnie zgwałcona w swoim mieszkaniu. Okazuje się, że dokonał tego znajomy poznany dzięki internetowi. Niestety z powodu niezbyt charakterystycznego wyglądu oraz zachowanych przez niego środków ostrożności – wydaje się niemożliwy do "złapania". Louise rejestruje się więc na portalu randkowym i próbuje zwabić sprawcę. Stanie też przed bardzo trudnym zadaniem – będzie musiała wystąpić w charakterze policyjnego negocjatora. Czy uda się zaaresztować gwałciciela?

Motyw "oklepany", opisany już prawie przez wszystkich pisarzy "kryminalnych". Zastanawia mnie jednak, że bardzo często ten motyw okrutnej, polegającej na zmuszeniu do uległości przemocy wobec kobiet poruszany jest przez Skandynawów – ich część świata wydaje się przecież być jedną z najbardziej "partnerskich" i równouprawnionych pod względem płci. Czyżby to tylko iluzja, a niektórzy mężczyźni w taki sposób wyładowują swoją frustrację? Chyba ciężko znaleźć odpowiedź, ale coś w tym musi być …

To, co tu było trochę inne, to poświęcenie naprawdę dużej uwagi ofierze takiego czynu. Ukazanie tego, jak przechodzi ona przez różne fazy godzenia się z tym, co się stało, pokazanie, jak powinna wyglądać cała policyjna procedura w takim przypadku, jak można potem dostać pomoc i jak szukać tej pomocy.

Tak, jak w poprzednim tomie, autorka dość drobiazgowo opisuje pracę policjantów. Ale, jak już pisałam poprzednio, mnie to bardzo odpowiada. Nie ma tu efektownych strzelanin, pościgów, ‚fajerwerków’, nie ma super błyskotliwych rozwiązań ot, tak wpadających do głowy. Jest żmudna rzetelna praca osób, którym zależy (oczywiście nie wszystkim, niektórym w wydziale zależy wszak bardziej na karierze).

Widać, że seria się ‚rozkręca’, drugi tom był lepszy od pierwszego i dobrze rokuje – zakończenie, zwłaszcza dla Camilli, jest takie, że … znowu jestem bardzo ciekawa, co wydarzy się w prywatnym życiu bohaterek 🙂

"Mam na imię Księżniczka" to moja ‚zagraniczna powieść z dreszczykiem’ w grudniowej edycji Trójki e-pik.

P.S. książka z wydawnictwa Prószyński i S-ka, które przekazało mi również imiennie zaadresowany list od autorki 😉

Agatha Raisin i … – M. C. Beaton

 

"Agatha Raisin i wredny weterynarz" oraz "Agatha Raisin i zakopana ogrodniczka" to odpowiednio drugi i trzeci tom tej sympatycznej (o ile takie słowo tu pasuje 😉 ) serii kryminalnej.

Życie prywatne Agathy trochę się rozkręca pod koniec pierwszego tomu, gdy w jej bezpośrednim sąsiedztwie zamieszkuje przystojny sąsiad James Lacey. Ale w drugim i trzecim tomie nie dane będzie Agacie ziścić swoich marzeń 😉

W tomie drugim Agatha próbuje więc trochę zagrać na nosie Jamesowi i wybiera się do nowego we wsi weterynarza. Weterynarz zaprasza ją na kolację, ale jak się potem okazuje, nie ją pierwszą i jedyną. Weterynarz zresztą zupełnie niespodziewanie ginie w stajni jednego z okolicznych bogaczy. Policja przyjmuje wersję o nieszczęśliwym wypadku, ale Agatha … Agatha zaczyna prowadzić swoje śledztwo, w którym na jaw wychodzą różne sprawy i okazuje się, że weterynarz był prawdziwie wredną kreaturą 😉

Chociaż już się zdawało, że Agatha i James nawiązali przy śledztwie ‚weterynaryjnym’ grubszą nić sympatii, po powrocie z urlopu pani Raisin dowiaduje się, że zarówno w Carsely, jak i sercu Jamesa zamieszkała nowa lokatorka. To Mary Fortune – zapalona ogrodniczka, która dość szybko zjednała sobie wszystkich mieszkańców i została kochanką Jamesa. Agatha podejmuje rywalizację i zapisuje się do Towarzystwa Ogrodniczego planując wzięcie udziału w konkursie na najpiękniejszy ogród (no cóż, znamy już z pierwszego tomu jej metody na wygranie konkursu 😉 ). Przygotowania burzy jednak kilka wydarzeń – ktoś zaczyna niszczyć uprawy u tych, którzy mogą wygrać, a w końcu James i Agatha znajdują w szklarni zwłoki Mary. Co się stało? "Nasza" para detektywów znowu wkroczy do akcji 🙂

Muszę przyznać, że bardzo dobrze czyta mi się o przygodach Agathy. Ona jest nietuzinkową postacią, taką, która wcale nie od początku wzbudza sympatię. Wszyscy inni mieszkańcy Carsely też są nakreśleni w ciekawy sposób. No i jest tu mnóstwo humoru, choć nie takiego ‚fajerwerkowego’. Dla mnie świetne czytadło, takie na jeden wieczór. Cieszy mnie, że mam w domu kolejne 8 tomów, a jeszcze bardziej, że wydawca tej serii postanowił ją przedłużyć i wyda u nas wszystkie pozostałe tomy 🙂

Handlarz śmiercią – Sara Blædel

Kryminały skandynawskie są u nas bardzo popularne. Co roku wydawane są książki coraz to nowych autorów. Do ich grona dołączyła kolejna pisarka, tym razem z Danii.

"Handlarz śmiercią" to pierwsza część cyklu serii o asystent kryminalnej Louise Rick. Louise pracuje jako jedyna (po odejściu swojej szefowej) kobieta w wydziale zabójstw Komendy Miejskiej Policji w Kopenhadze. Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęte zostają dwa śledztwa – w sprawie znalezionej w parku uduszonej młodej dziewczyny (i tą sprawę dostaje Rick) oraz brutalnego morderstwa znanego dziennikarza śledczego, który zajmował się opisywaniem rynku handlu narkotykami. Niespodziewanie w drugą sprawę wplątana zostaje najlepsza przyjaciółka Louise – Camilla Lind reporterka, koleżanka redakcyjna zmarłego.

Nie będę więcej pisać o samej fabule, bo rozwiązanie tych dwóch zagadek jest dość ciekawe. Chciałabym jednak podkreślić kilka aspektów, które przyciągnęły moją uwagę.

Pierwszy z nich to praca w takim typowo ‚zmaskulinizowanym’ świecie, gdzie kobiety stosunkowo rzadko są dopuszczane do wyższych stanowisk (a podobno to kobiety są specjalistkami w gierkach ‚firmowych’). Bardzo ciekawie jest to pokazane właśnie w tej książce. Niby jest jakieś równouprawnienie, niby są parytety, ale jak to wygląda w rzeczywistości? O tym wymownie w scenie, gdy szef Louise prosi ja o komentarz do artykułu, który sam ma napisać na temat kobiet w policji.

Druga rzecz to godzenie pracy, która jest pasją z życiem rodzinnym. Zgoda, częściej to kobiety mają takie dylematy i to ograny dość motyw, ale tu bardzo podobały mi się rozterki i przemyślenia głównej bohaterki, zwłaszcza w zestawieniu z zachowaniem szefowej jej grupy śledczej.

Co najbardziej zadziwia, to chyba pokazanie pracy policji. Tak, tak, zadziwia! Zazwyczaj mamy super błyskotliwych detektywów lub innych specjalistów od dedukcji, behawiorystyki, psychologii itp., którzy w magiczny często sposób wpadają na trop. Tutaj jest inaczej – tu mamy pracę u podstaw, odzwierciedlenie chyba najbliższe rzeczywistości codziennej. Żmudne, wielogodzinne przesłuchania świadków, tony papierów do wypełniania i czekanie, długie!, na wyniki badań i testów, które nierzadko niewiele wnoszą. Do tego dochodzi jeszcze inna kwestia – dwie sprawy jednocześnie, ograniczone zasoby, presja – które śledztwo będzie miało priorytet? Chyba nietrudno zgadnąć…

Co mi się jeszcze podobało, to poczucie humoru autorki (scena, gdy Camilla z Louise idą do klubu w poszukiwaniu dilera jest bardzo zabawna) i to, że swojej bohaterce nadała taki bardziej ludzki, nie super-bohaterski rys.

Polecam miłośnikom kryminałom, choć lojalnie uprzedzam, że niektórzy mogą mieć wrażenie, że … nic się nie dzieje w śledztwie. Ale to tylko pozory 🙂 A ja cieszę się na kolejną część, bo ciekawi mnie zwłaszcza, co wydarzy się w prywatnym życiu tych dwóch interesujących kobiet.

Książka z wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Agatha Raisin i ciasto śmierci – M. C. Beaton

Od czasu do czasu w kioskach pojawiają się różne kolekcje książkowe. Niektóre niezachęcające, inne owszem ciekawe, ale po pierwszym numerze w promocyjnej cenie, kolejne są już niestety dużo droższe, a tomów wiele (jak np. w serii, w której wydawane są powieści Stanisławy Fleszarowej-Muskat czy najnowszej serii Marii Rodziewiczówny). Ale trafiła się taka, która na tyle mnie zainteresowała, że po przeczytaniu tomu rozpoczynającego zamówiłam sobie prenumeratę 😉

Ta seria to tzw. "cosy mysteries" angielskiej pisarki M. C. Beaton z główną bohaterką – starszą panią na emeryturze – Agathą Raisin.
W pierwszej części Agatha sprzedaje prowadzoną przez siebie agencję PR w Londynie i przeprowadza do wymarzonego od dzieciństwa, kupionego przez siebie domku w Cotswolds. Energiczna i przyzwyczajona do bycia między ludźmi kobieta ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że nie tak łatwo wkupić się w łaski miejscowych. Ale nadarza się świetna okazja – turniej wypieków. Jak Agatha zdobędzie ciasto na konkurs? Dlaczego akurat jej ciasto spowoduje śmierć jednego z mieszkańców? I najważniejsze – czy to był tylko przypadek, jak uznała policja? Chociaż nikt nie wierzy przeczuciom Agathy, postanawia ona sama przeprowadzić małe śledztwo (hmm, kolejna "starsza pani", co "wnika" 😉 ).

Muszę przyznać, że bardzo przypadła mi do gustu ta opowieść. Pasjami wielbię historie toczące się w takich małych miejscowościach czy społecznościach. Tu, przy okazji, mamy też opisy lokalnych tradycji, co dodatkowo przyciąga do tego, żeby chcieć to kiedyś samemu zobaczyć.
Bohaterowie również są świetni – cała galeria typowych postaci – mieszkańcy plebanii, właściciel miejscowej gospody, sąsiadka (która swoją drogą trochę racji jednak miała), sympatyczny policjant, przyjaciel z dawnej pracy – aż się chce dowiedzieć, jak dalej będą toczyć się ich losy.
Wszystko podane jest z dużą dozą humoru.

Przyczepię się tylko do jednego – w Polsce znamy "Shepherds pie" jako "placek pasterski", a nie "pasztet pasterski". Pojawia się to w tekście kilkakrotnie, a przecież chociażby z kontekstu konkursu na "wypieki" placek pasuje bardziej 😉

No, a teraz czekam spokojnie na początek października, bo wtedy powinna wreszcie dotrzeć do mnie paczka z drugim tomem (a tak, w pierwszej przesyłce przyszedł tom trzeci i czwarty, podobno drugiego zabrakło ze względu na duże zainteresowanie 😉 )!

Starsza pani wnika – Anna Fryczkowska

Oj, straszne mam zaległości, bo sierpień był dla mnie rekordowy – przeczytałam dziewięć książek. Chociaż kto wie, czy szybko nie nadrobię – we wrześniu na razie skończyłam tylko jedną. No nic – próby podjęte 😉

Kolejna powieść Anny Fryczkowskiej pojechała ze mną, podobnie jak poprzedniczka, na urlop do Chorwacji. Niestety, w zasadzie tylko się przejechała 🙂 , bo zaczęłam ją czytać już w drodze powrotnej.

Chociaż to też kryminał (tak, jak "Kobieta bez twarzy"), jednak trochę bardziej "na wesoło". Perypetie domorosłego samozwańczego prywatnego detektywa i jego babci wielokrotnie wzbudzały u mnie uśmiech, co nie odebrało jednak powagi sprawom poważniejszym.
Jarosław Trzaskowski, Jaro, to samotny mężczyzna -babcisynek, wciąż z nią mieszkający, który nie wie, co ma zrobić ze swoim życiem. Za co się weźmie, to mu się nie udaje z różnych przyczyn (choć obiektywnie patrząc oczywiście z jego nieudacznictwa i braku cierpliwości i zdecydowania). Przypadkiem, dla pięknej kobiety, daje się wplątać w czynności detektywistyczne, które niespodziewanie przekształcają się w prawdziwe śledztwo w sprawie morderstwa. Hmm, tylko dlaczego niektóre tropy jakby same mu wpadają? Czyżby stała za tym babcia Halina? 😉
Równocześnie z wątkiem tajemniczej śmierci mężczyzny, od którego Jaro miał odebrać cenny obraz, prowadzone jest inne śledztwo – ktoś torturuje i zabija koty, którymi opiekuje się babcia ze swoimi koleżankami. Trzeba przyznać, że przedsiębiorcze starsze panie będą próbowały na wszelkie sposoby znaleźć i odpowiednio ukarać sprawcę. Czy im się uda? Czy żadna z nich nie ucierpi?
Obydwie sprawy kończą się w sumie w dość nieoczekiwany sposób – w tej głównej udało się autorce wyprowadzić mnie w pole 😉 A Wy pamiętajcie – uważajcie na starsze panie! 😉

To zresztą też jest bardzo ważna rzecz w tej książce – starość. Autorka zwraca uwagę na to, jak traktowani są starsi ludzie przez resztę młodego lub goniącego za młodością społeczeństwa. To przykre i bolesne, bo skłania do zastanowienia nad własnym podejściem, zachowaniem i nad tym, że kiedyś i nas to spotka – czy chcemy, żeby tak to właśnie wyglądało?

Dla mnie dodatkowym "smaczkiem" było pojawienie się Hanki Cudny z rodziną – tylko jakoś do końca nie mogę się połapać – to było przed wyprowadzką na wieś czy może już po powrocie? Ciekawie wypadł też wątek miłosny – zwłaszcza, że też nie jest ckliwy i banalny.

Bardzo mi się ta książka podobała, nie mogę się już doczekać kolejnego kryminału pani Ani – mam nadzieję, że już jest "w obróbce" 🙂

Za ciekawe niesztampowe pomysły na intrygę, za soczysty, ale niewulgarny język, za bohaterów z krwi i kości, z mięsa właściwie – pani Fryczkowska – uwielbiam Panią 🙂