Zapowiedzi :)

Dzisiaj wpis z kilkoma zapowiedziami 🙂

Po pierwsze chciałabym zapowiedzieć konkurs urodzinowy – w październiku minął kolejny rok mojego blogowania, żeby podtrzymać tradycję już niedługo (koło wtorku, może w następny weekend) – ogłoszenie laureata nagrody Maniiczytania oraz konkurs z książką do wygrania 🙂
A po drugie, jak co roku od paru lat – od 12 listopada zapraszam na kolejne wspólne przygotowywanie się do świąt na wyzwaniowym blogu Znalezione pod choinką! Tymczasem zapraszam na świeżutkie podsumowanie ubiegłego sezonu 🙂

Czasami kłamię – Alice Feeney

Amber to główna bohaterka tej książki.

Wiemy o niej trzy rzeczy:
1. Jest w śpiączce
2. Jej mąż jej nie kocha
3. Amber czasami kłamie …
Amber trafia do szpitala w czasie świąt Bożego Narodzenia. Dlaczego się tam znalazła, co się wydarzyło i dlaczego jest w śpiączce? Chociaż, niby jest w śpiączce, ale tak naprawdę to przecież ona sama próbuje znaleźć odpowiedzi na te pytania. A właściwie chyba jej … dusza, jaźń, jestestwo? Czymkolwiek tego nie nazwiemy, nie zmienia to faktu, że to właśnie z jej perspektywy poznajemy całą historię. 
Czasami cofamy się o kilka dni, czyli do połowy grudnia i poznajemy stopniowo rodzinę Amber, pracę Amber, wydarzenia, które mogły mieć wpływ na pobyt w szpitalu. Czasem znienacka pojawiają się fragmenty pamiętnika dziesięciolatki. Czy to pamiętnik Amber? Jakie tajemnice skrywa i czy może mieć znaczenie dziś, po tylu latach? Jednocześnie śledzimy również to, co dzieje się w szpitalu, a wbrew pozorom dzieje się tam sporo. Amber jest odwiedzana przez różne osoby, głównie przez męża i siostrę. Czy coś jest między nimi? Czy ma to znaczenie? Czy oni wiedzą, co się stało?
Oj, niełatwo jest znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania. Zwłaszcza, że autorka nie ułatwia zadania, serwując wiele twistów. Poszarpana narracja, przeskoki w czasie są jej narzędziem do wywoływania zamętu w głowie czytelnika. Wychodzi jej to dość dobrze, choć ja domyśliłam się kilu rzeczy wcześniej. 
Pochwalić muszę za to sposób kreowania bohaterów. Postaci są niejednoznaczne i gdy już, już, wydaje nam się, że o nich wszystko wiemy, nagle robią coś takiego, co sprawia, że zmieniamy o nich zdanie. Co więcej, jestem przekonana, że odrobina Amber czy Claire, kryje się w każdym z nas i sami nie wiemy, co by mogło się stać, gdybyśmy dopuścili je do głosu.
Z początku książka powoli się rozkręca, ale mniej więcej od połowy akcja zaczyna wciągać tak mocno, że trudno odłożyć lekturę na bok, żeby nie dowiedzieć się, jak się skończy. A kończy się …
A nie, nie napiszę oczywiście, musicie sami przeczytać. Pod warunkiem, że lubicie nieszablonowe bohaterki, że lubicie ‚zakręcone’ powieści, że lubicie być zaskakiwani 🙂

Mroczne zakamarki – Kara Thomas

Małe, zwyczajne, amerykańskie miasteczko. Dziesięć lat przed obecnymi wydarzeniami wstrząsa nim fala zbrodni dokonanych przez seryjnego mordercę. Ofiarami są młode kobiety, wśród nich Lori. Lori była kuzynką Callie, przyjaciółki Tessy. To zresztą zeznania tych dwu ośmiolatek pomogły osadzić mordercę. Wszystko wydaje się więc być już dawno zakończone.

Po dziesięciu latach Tessa powraca do rodzinnego miejsca, by pożegnać się z umierającym ojcem. Tessa, którą sprawa "Potwora z Ohio" dotknęła dość mocno – ojciec trafił do więzienia za rozbój, jej starsza siostra uciekła z domu, matka ją porzuciła, te dziesięć lat spędziła u babci na Florydzie. Powrót jest trudny, zwłaszcza, że i Callie nie jest zbyt zadowolona z jej przyjazdu. Niestety wydarza się kolejna zbrodnia – ich dawna przyjaciółka szkolna – Ariel, zostaje znaleziona martwa. Wszystko wskazuje na ‚robotę’ Potwora z Ohio, ale przecież on siedzi w więzieniu …
Tessa i Callie powoli uświadamiają sobie, że być może to, co wtedy zeznały, nie jest prawdą. Zaczynają przypominać sobie różne drobne rzeczy, które mogą mieć znaczenie i prowadzić prywatne śledztwo. Jak to śledztwo się skończy? Czy Potwór z Ohio powrócił? A może to naśladowca? Czy Lori rzeczywiście była ofiarą seryjnego mordercy? Co tak naprawdę odkryje Tessa? Na te pytania odpowiedzi znajdziecie w powieści.
Wybór młodziutkiej niedoświadczonej dziewczyny na główną bohaterkę, z której perspektywy śledzimy całą historię, był dość ryzykowny, ale moim zdaniem udany. Dzięki temu razem z nią odkrywamy kolejne tajemnice i sekrety. Podpowiedzi dawkowane są z wyczuciem i powieść do końca trzyma w napięciu.
To naprawdę świetny thriller – choć o samych zbrodniach jest bardzo mało. Wszystko rozgrywa się raczej w warstwie psychologicznej. Bardzo dobrze jest pokazane, jak jeden, pozornie drobny, błąd z przeszłości kładzie się cieniem na dalsze życie nie tylko tej osoby, która ten błąd popełniła, ale i wszystkich jej bliskich. Wykreowany klimat małego miasteczka, z którego młodzi chcą się wyrwać za naprawdę wszelką cenę, a starsi tkwią w nim siłą przyzwyczajenia. Nikt się nie chce wychylać, a jeśli trafi się zbrodnia, to wszyscy chcą szybko zamknąć śledztwo i zapomnieć o sprawie.
Dodatkowy plus za nieszablonowe rozwiązanie wątku drugoplanowego. Historia rodzinna Tessy spokojnie mogłaby mieć osobną powieść. Poszukiwanie własnej tożsamości, poczucie wspólnoty – to wszystko jest bardzo ważne, choć zazwyczaj o tym nie myślimy.
Jeśli lubicie thrillery, jeśli lubicie ten specyficzny klimat małych amerykańskich miasteczek, jeśli lubicie powieści, w których zło nie zawsze ma wykrzywioną złością obcą twarz – to jest lektura dla Was! Bardzo polecam!

Minihurtownia z … wątkami biblijnymi (T. Lee, J. Saramago, H. Sienkiewicz)

W ramach próby nadrobienia kilometrowych 😉 zaległości, wznawiam minihurtownie. Tym razem o trzech utworach z wątkami biblijnymi.

Na pierwszy ogień "Kain" noblisty Jose Saramago. Zacznę od tego, że autor ten ma dość specyficzny sposób pisania – nie pisze wielkich liter, chyba że zaczyna zdanie. Nawet imiona pisze małą. Nie zaskoczyło mnie to, bo czytałam "Miasto ślepców", ale jednak mnie to lekko irytowało.
Sama powieść – to taka minipowieść drogi – towarzyszymy Kainowi w jego włóczędze po tym, jak zabił brata i został wygnany. Podróż to w miejscu i czasie, bo autor ‚rzuca’ Kaina w sam środek różnych, znanych z kart Biblii wydarzeń – a to do Sodomy, gdy opuszcza ją Lot, a to każe mu być świadkiem składania ofiary przez Abrahama, a to rozmawia z budowniczymi wieży Babel, jest z innymi pod górą Synaj czekając na Mojżesza, wreszcie buduje z Noem arkę. Przy okazji Kain snuje rozważania i dyskutuje z innymi na temat natury Boga, wiary w słuszność jego działań i o tym, jaka jest natura człowieka. Rozważanie te są dość interesujące, ale lektura jest mocno bluźniercza, a chwilami bardzo wulgarna. Na pewno nie dla wszystkich. Ja się nie zarzekam, że już nic tego autora nie przeczytam, ale fanką nie będę.
Zupełnie inaczej ma się sprawa z Toscą Lee i jej "Królową Saby". Chociaż zachowało się mało źródeł historycznych potwierdzających tę historię, to powieść jest bardzo żywa i ciekawa. Bo autorka ma dar opowiadania i nadawania postaciom z dawnych czasów współczesnego rysu, który nie  jest irytujący i nie ‚spłaszcza’. Pozwala za to zrozumieć, że w zasadzie wszystko już było, a emocje rządzące ludźmi są ponadczasowe. Jej nieograniczona wyobraźnia, świetny kilkuletni nieraz research, połączony z wizytami w opisywanych miejscach to mieszanka idealna.
Chociaż ta powieść nie dorównuje czytanemu przeze mnie wcześniej "Judaszowi" (to książka z absolutnego topu m ojej listy wszechczasów) tej samej autorki, to i tak ją Wam polecam. Poznacie historię jednego z najdawniejszych wielkich romansów. A to, co mnie zaskoczyło, to podana na końcu (w przypisach) informacja, że potomkowie Bilkis rządzili w Etiopii do 1974r.!
Na sam koniec trochę inaczej – zostawiam Wam link do tego króciutkiego dzieła naszego noblisty (jak najbardziej legalnie :))- poświęćcie troszkę swojego czasu, dosłownie 5 minut, a zadziwicie się, jak bardzo współcześnie to brzmi, wciąż będąc aktualnym …

Opiekunka do dzieci – Elisabeth Herrmann




Znacie Elisabeth Herrmann? Jeśli nie, to czas nadrobić 🙂

"Opiekunka do dzieci" to jej trzecia powieść wydana w Polsce.  Poprzednie dwie tworzą cykl o Saneli Bearze (o nich troszkę niżej). Ta jest pierwszą z innego cyklu, którego bohaterem jest prawnik Joachim Vernau.

Prace przymusowe w czasie wojny – z czym się kojarzą? Głównie z pracą w fabrykach lub w gospodarstwach rolnych. Ale czy słyszał ktoś o porywanych i wywożonych nastoletnich Polkach, Ukrainkach, które zostawały opiekunkami do dzieci u bogatszych rodzin? O nich właśnie i o tym, czy łatwo uzyskać odszkodowanie za krzywdy wojenne traktuje ta powieść.
Pewnego dnia przy domu przyszłego teścia Joachima, właściciela kancelarii prawnej prowadzącej interesy tych ‚lepszych’ rodzin berlińskich, pojawia się starsza kobieta, Ukrainka, z prośbą o poświadczenie dokumentu o pracy w tym domu opiekunki Natalii. Utz von Zernikow twierdzi, że nikogo takiego nie zna, kobietę na drugi dzień wyławiają z rzeki martwą. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że Sigrun von Zernikow, narzeczona Joachima jest politykiem, a za chwilę wybory. Co tak naprawdę wydarzyło się przed laty? Dlaczego Utz nie chciał poświadczyć dokumentu?
Na to wszystko nakłada się jeszcze sprawa, którą prowadził Joachim w kancelarii – syn przyjaciół Zernikowów dostaje po swoim dziadku spadek – dom nad jeziorem. Dom jest co prawda w ruinie, a jego sytuacja prawna w związku z tym, że po wojnie własności niektórych Niemców przekazywano na cele społęczne, nie jest do końca uregulowana. Jednak to nie przeszkadza młodemu spadkobiercy rozpocząć prac z użyciem koparki na terenie posesji. Czego szuka? Dlaczego nie chce czekać na oficjalne zakończenie sprawy?
To wszystko to zaledwie początek, o bardzo wielu wątkach nie napisałam, a są naprawdę ciekawe. Wątek rodzinny Joachima, jego matki oraz jej ‚opiekunki’; wątek przyjaciółki prawniczki – socjalistki, która nie dba o konwenanse i poprawność polityczną; wątek "przywłaszczania" sobie dzieł sztuki.
Jak zwykle u tej autorki mamy też świetnie napisane postaci, nie są płaskie, czy jednowymiarowe. I tło – w poprzednich powieściach – zamknięta społeczność małej wioski, środowisko emigrantów – tu głównie wyższe sfery dużego miasta.
Bardzo polecam!


Jako że o poprzednich nie pisałam – krótkie notki o dwóch z cyklu o młodej policjantce, emigrantce z Chorwacji – Saneli Bearze.



"Wioska morderców" – świetny kryminał! Dawno mnie żaden tak nie wciągnął.

Nietypowa zbrodnia, policjantka z intuicją, młody psycholog bez. Do tego niesamowicie dobrze opisana rzeczywistość wiejska w pokomunistycznym krajobrazie wschodnich Niemiec. Ciekawie przedstawiona praca psychologów przygotowujących opinię o oskarżonej. 

Intryga? W zoo zostają znalezione fragmenty zwłok mężczyzny. Dość szybko udaje się znaleźć winowajczynię. Czy jednak na pewno jest sprawczynią tak okrutnej zbrodni? Aby to ustalić odszukana zostaje jej młodsza siostra i wtedy zaczyna się prawdziwa ‚jazda bez trzymanki’, w której akcja prowadzi do małej poenerdowskiej wioski.. Co wydarzyło się w tej pozornej enklawie sielskości? Czy ma to związek z obecną zbrodnią?




"Śnieżny wędrowiec" – podobała mi się, podobnie jak i pierwsza. Trochę na początku drażniło tłumaczenie, ale później nie zwracałam już na to uwagi, bo autorka dość powoli, po odrobinie odsłaniała kolejne tropy. A jak pięknie można napisać o miłości prawie bez pisania o miłości!
W pewnej rodzinie ginie mały chłopiec. Syn drugiej żony pewnego bogatego biznesmena. Żony, która jest imigrantką. Czy wszystko w tej rodzinie jest piękne jak na rodzinnych fotografiach? A może sprawcą jest były mąż, ojciec, naukowiec zajmujący się wilkami? Sanela będzie miała trudną zagadkę do rozszyfrowania, a nie pomoże jej z pewnością osobiste zaangażowanie.

Gorąco polecam tę autorkę – po którą powieść nie sięgniecie – z pewnością nie doznacie zawodu!

Styczeń z książkami – chłodne morze, szympans i sojowy sos

Nie podsumowałam ubiegłego roku – może jeszcze zrobię jakieś krótkie podsumowanie, a może i nie :), za to teraz nadrabiam to, co w tym roku. Na początek hurtowo styczeń. Hurtowo brzmi jakby to było dużo, a w rzeczywistości to były trzy książki 😉

Moja pierwsza tegoroczna lektura została wybrana do pierwszego tygodniowego wyzwania książkowego na FB (to taka specjalna grupa pasjonatów czytania – jedna z lepszych i fajniejszych!) – książka na literę ‚O". Długo na półce odczekała i bardzo się cieszę, że wreszcie ją przeczytałam. To jedenaście opowiadań, których akcja dzieje się nad morzem, ale w różnych czasach. Są tu historie związane z wojną, z dawnymi mieszkańcami nadmorskich terenów, o ludziach różnych wierzeń. Łączy je ten specyficzny klimat – surowy, do którego tylko nieliczni są w stanie się przyzwyczaić. Klimat, w którym trzeba nauczyć się żyć ze stratą, bo morze daje, ale i często zabiera. Świetne wyraziste postaci. Dość oszczędny język, ale bardzo piękny. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to bardzo polecam!
Druga z kolei to książeczka dla dzieci, również opowiadania, a właściwie legendy murzyńskie (też TWC – "więcej niż cztery słowa w tytule"). Bardzo zabawne, ale i mądre historyjki o różnych afrykańskich zwierzętach i choć większość z nich jest nieprawdziwa, to jednak wiele się można dowiedzieć o cechach tych stworzeń. Lektura dla małych, ale i dla dużych 🙂
Postanowiłam w tym roku z powrotem przyłożyć się do stosikowego wyzwania u Anny i ostatnia styczniowa książka została mi wybrana właśnie tam. Wbrew okładce 😉 to nie jest jakaś romantyczna szmira o miłości egzotycznej, ale całkiem niezła powieść obyczajowa o poszukiwaniu samego siebie. O zawieszeniu między dwoma światami, o spełnianiu cudzych oczekiwań, o rozdarciu między tradycją a ‚nowoczesnością’, o tym, czy da się wyrzec korzeni. I o produkcji sosu sojowego też się tu trochę informacji znajdzie 😉 A wszystko w olśniewającej miejskiej scenerii Singapuru – zobaczcie, jak tam pięknie 🙂

Radosnych Świąt!

Wszystkim odwiedzającym mojego bloga życzę ciepłych rodzinnych świąt,
spędzonych tak, jak sobie wymarzycie, wielu prezentów znalezionych pod
choinką, a przyniesionych przez Mikołaja, Gwiazdora czy Aniołka i wielu
pogodnych i przyjemnych chwil, takich, które warto zatrzymać w pamięci
na zawsze!